Budzik… w sobotę. Kto to widział? Tylko ja muszę non-stop
latać pomiędzy Koreą i Chinami, a do tego jeszcze użerać się z rozchwianymi
emocjonalnie nastolatkami. Do tego codziennie mam styczność z mega przystojnymi
i sławnymi Azjatami. To zbyt wiele jak na mnie…
Z niechęcią podnoszę się z łóżka przeklinając się za to, że się na to zgodziłam. Szybko się ubieram i pakuję wiedząc, że nie mam już czasu, nie jem nawet śniadania. Po drodze, jak codziennie godzę się sama ze sobą, że w mojej nowej pracy jest więcej pozytywów, niż negatywów. Jak codziennie wsiadam do autobusu i dziesięć minut później jestem już na miejscu. Minął już tydzień od kąt rozmawiałam z Tao na dachu tego budynku. Jakoś tak dziwnie czuję się w jego towarzystwie.
A może mi się wydaje… Tak, to na pewno dlatego, że dziwi mnie jego zachowanie.
Dzisiaj Chiny, czyli lekcja z Luhanem. Ten chłopak jest taki pozytywny i miły. Trzeba przyznać, że Sehun w porywaniu z nim jest bardziej nerwowy i porywczy. Lulu za to emanuje spokojem i dobrocią i do tego jeszcze ta słodka buźka…
- Cześć Ami! – krzyczy ktoś za moimi plecami, kiedy tylko przekraczam próg. (przypis autora: powiedzmy, ze tam był próg :))
- Hej. – odpowiadam głosem, który przywodzi na myśl ćpuna.
- Co ty taka niewyspana? – pyta Luhan kiedy już kierujemy się do miejsca, gdzie odbywamy lekcje.
- Ostatnio za dużo myślę… to mi chyba nie służy. – odpowiadam i uśmiecham się szeroko.
- Jej. Wszystkich bierze na jakiś przemyślenia. Tao przez ten tydzień jak cie nie było, też był jakiś nieobecny. Mam tylko nadzieję, ze nic się nie stało. – mówi jeszcze wiele, o niczym konkretnym, ale już go nie słucham, zbyt bardzo zdziwiło mnie to co powiedział.
Lekcja mija szybko i w bardzo miłej atmosferze jak zawsze zresztą. Luhan pyta nawet o postępy swojego kolegi, co jest naprawdę słodkie. Naprawdę polubiłam te lekcje, mimo ciągłych i męczących lotów samolotem.
- Zrobiłeś ogromne postępy. Idzie ci świetnie. – chwalę chłopaka, na sam koniec.
- Naprawdę? Przecież niektóre dźwięki ciągle są nieczyste. – żali się smutny.
- Spokojnie to przejdzie. Skóra na palcach musi stać się mniej delikatna, i przyzwyczaić się do nacisku. – tłumaczę z uśmiechem.
- Ech… Zobaczymy… - podnosi głowę i uśmiecha się miło. – Co powiesz na wspólny lunch? – pyta nagle, jakby go oświeciło.
- Weź… Będę przeszkadzać…
- No co ty! Chodź proszę! – słysząc ten jego błagalny ton, zastanawiam się czy to zawsze przekonuje członków EXO, do jego pomysłów. – Chłopcy się ucieszą.
- Um… No dobrze, ale jak tylko usłyszę słowo sprzeciwu…
- Nie usłyszysz, obiecuję! –prawie krzyczy podekscytowany.
Wlokę się za nim, czując jakbym wpraszała się na jakąś ważną uroczystość. Kiedy wchodzimy do „kawiarni”, szukam wzrokiem stolika zespołu i to co rzuca mi się w oczy to ich uśmiechnięte buzie, skierowane w moja stronę.
Zamawiam sałatkę z frytkami i idę do stolika za Luhanem.
Z niechęcią podnoszę się z łóżka przeklinając się za to, że się na to zgodziłam. Szybko się ubieram i pakuję wiedząc, że nie mam już czasu, nie jem nawet śniadania. Po drodze, jak codziennie godzę się sama ze sobą, że w mojej nowej pracy jest więcej pozytywów, niż negatywów. Jak codziennie wsiadam do autobusu i dziesięć minut później jestem już na miejscu. Minął już tydzień od kąt rozmawiałam z Tao na dachu tego budynku. Jakoś tak dziwnie czuję się w jego towarzystwie.
A może mi się wydaje… Tak, to na pewno dlatego, że dziwi mnie jego zachowanie.
Dzisiaj Chiny, czyli lekcja z Luhanem. Ten chłopak jest taki pozytywny i miły. Trzeba przyznać, że Sehun w porywaniu z nim jest bardziej nerwowy i porywczy. Lulu za to emanuje spokojem i dobrocią i do tego jeszcze ta słodka buźka…
- Cześć Ami! – krzyczy ktoś za moimi plecami, kiedy tylko przekraczam próg. (przypis autora: powiedzmy, ze tam był próg :))
- Hej. – odpowiadam głosem, który przywodzi na myśl ćpuna.
- Co ty taka niewyspana? – pyta Luhan kiedy już kierujemy się do miejsca, gdzie odbywamy lekcje.
- Ostatnio za dużo myślę… to mi chyba nie służy. – odpowiadam i uśmiecham się szeroko.
- Jej. Wszystkich bierze na jakiś przemyślenia. Tao przez ten tydzień jak cie nie było, też był jakiś nieobecny. Mam tylko nadzieję, ze nic się nie stało. – mówi jeszcze wiele, o niczym konkretnym, ale już go nie słucham, zbyt bardzo zdziwiło mnie to co powiedział.
Lekcja mija szybko i w bardzo miłej atmosferze jak zawsze zresztą. Luhan pyta nawet o postępy swojego kolegi, co jest naprawdę słodkie. Naprawdę polubiłam te lekcje, mimo ciągłych i męczących lotów samolotem.
- Zrobiłeś ogromne postępy. Idzie ci świetnie. – chwalę chłopaka, na sam koniec.
- Naprawdę? Przecież niektóre dźwięki ciągle są nieczyste. – żali się smutny.
- Spokojnie to przejdzie. Skóra na palcach musi stać się mniej delikatna, i przyzwyczaić się do nacisku. – tłumaczę z uśmiechem.
- Ech… Zobaczymy… - podnosi głowę i uśmiecha się miło. – Co powiesz na wspólny lunch? – pyta nagle, jakby go oświeciło.
- Weź… Będę przeszkadzać…
- No co ty! Chodź proszę! – słysząc ten jego błagalny ton, zastanawiam się czy to zawsze przekonuje członków EXO, do jego pomysłów. – Chłopcy się ucieszą.
- Um… No dobrze, ale jak tylko usłyszę słowo sprzeciwu…
- Nie usłyszysz, obiecuję! –prawie krzyczy podekscytowany.
Wlokę się za nim, czując jakbym wpraszała się na jakąś ważną uroczystość. Kiedy wchodzimy do „kawiarni”, szukam wzrokiem stolika zespołu i to co rzuca mi się w oczy to ich uśmiechnięte buzie, skierowane w moja stronę.
Zamawiam sałatkę z frytkami i idę do stolika za Luhanem.
- Patrzcie kto zje z nami lunch! – krzyczy do kolegów, a
ja przewracam oczami.
- Siadaj. – mówi Kris pokazując miejsce pomiędzy nim, a Tao.
- Dziękuję. A nie będę przeszkadzać? – pytam dość nieśmiało jak na mnie.
- Siadaj. – mówi Kris pokazując miejsce pomiędzy nim, a Tao.
- Dziękuję. A nie będę przeszkadzać? – pytam dość nieśmiało jak na mnie.
- Żartujesz? – pyta Kris – Będzie nam naprawdę bardzo
miło.
- Skoro tak… - mówię tylko cicho i tak, ze tylko ja
słyszę.
Posiłek mija nam świetnie. Ciągle się śmiejemy, a chłopcy są przesłodcy. I nie mieli mi za złe ciągłego jąkania się, bo jak twierdzą „Kris mówił identycznie!”. Już mam odnieść tacę kiedy słyszę tuż przy moim uchu.
- Wytłumaczysz mi potem dlaczego uciekłaś?
- Um. – wybąknęłam tylko, bo nic konkretnego nie przyszło mi na myśl.
Chłopak nawet nie musi mówić, gdzie chce się spotkać. Kiedy powoli oddalam się stamtąd, słyszę ściszony głos Krisa: „ To było takie delikatnie. Brawo Pando, dziewczyna mogła się przestraszyć”. Uśmiecham się w duchu słysząc te słowa. Odnoszę tacę i mimo wszystko idę do wujka pytając czy jedzie już do domu, bo mógłby mnie podwieźć, a ten mówi, żebym poczekała i zadzwoni do mnie kiedy wyjdzie. Mozolnym krokiem udaje się w miejsce, które powoli staję się moim ulubionym w całym tym budynku, a nawet mieście. Siadam na skraju dachu i wpatruje się w kolorowy Pekin. Dziwne, nie boję się u siedzieć mimo, ze panicznie boję się wysokości. Na samą myśl o moim lęku delikatnie odsuwam się do tyłu.
- Przyszłaś… - słyszę w jego głosie zdziwienie, co z kolei dziwi mnie.
- Przepraszam… - odparłam i poczułam jak na moje policzki wstępuję czerwone i gorące rumieńce.
- To nic. Ja nie… nie jestem zły. Po prostu chciałem porozmawiać. – zaczyna już śmielej uśmiechając się miło.
- Ze mną?! – dziwie się jeszcze bardziej , a moje oczy wyglądają co najmniej jak te D.O – Nie ma o czym, jestem nudna…
- Zobaczymy, na razie cie nawet nie znam. Dlaczego teraz tu mieszkasz? – pyta prosto z mostu.
- To długa historia… - odparłam cicho, ale on nic nie mówi jak gdyby wiedział, ze szykuję się dłuższa przemowa. - Do czternastego roku życie mieszkałam z rodzicami, w Londynie. Ojciec pił, matka zresztą też. Całe dnie spędzałam w parku, z ludźmi, których nawet nie znałam. Opieka społeczna udawała, ze nic nie widzi. Pewnego dnia stamtąd uciekłam. Chciałam… chciałam się zabić, mimo, ze kochałam życie. Poszłam do tego samego parku co zawsze, sama. Było już szaro, a noc zapadała szybko o tej porze roku. W ręce ściskałam pojemnik z kupionymi za ostatnie pieniądze tabletkami. Usiadłam na jednej z ławek, w najbardziej odosobnionym kącie. Połknęłam je wszystkie i zasnęłam szybko. Śniły mi się anioły, bo zawsze o nich marzyłam. I tak znalazł mnie wujek… - urywam bo czuję jak łza spływa po moim policzku i wiem, że przyniesie kolejne.
Nawet nie zauważyłam, że siedział obok mnie przez cały czas. Teraz przytulił mnie mocno i szepnął na ucho, ze teraz będzie już tylko lepiej. Jeszcze nikt nigdy mnie tak nie przytulił. Dlaczego ja w ogóle powiedziałam o tym wszystkim obcej osobie? Kolejna łza spływa po moim zaczerwienionym policzku i opada na lawendowe włosy. Chłopak delikatnie wyciera mi policzek rękawem swojej bluzy i uśmiecha się do mnie.
- Nie płacz, proszę… - śmieje się.
Posiłek mija nam świetnie. Ciągle się śmiejemy, a chłopcy są przesłodcy. I nie mieli mi za złe ciągłego jąkania się, bo jak twierdzą „Kris mówił identycznie!”. Już mam odnieść tacę kiedy słyszę tuż przy moim uchu.
- Wytłumaczysz mi potem dlaczego uciekłaś?
- Um. – wybąknęłam tylko, bo nic konkretnego nie przyszło mi na myśl.
Chłopak nawet nie musi mówić, gdzie chce się spotkać. Kiedy powoli oddalam się stamtąd, słyszę ściszony głos Krisa: „ To było takie delikatnie. Brawo Pando, dziewczyna mogła się przestraszyć”. Uśmiecham się w duchu słysząc te słowa. Odnoszę tacę i mimo wszystko idę do wujka pytając czy jedzie już do domu, bo mógłby mnie podwieźć, a ten mówi, żebym poczekała i zadzwoni do mnie kiedy wyjdzie. Mozolnym krokiem udaje się w miejsce, które powoli staję się moim ulubionym w całym tym budynku, a nawet mieście. Siadam na skraju dachu i wpatruje się w kolorowy Pekin. Dziwne, nie boję się u siedzieć mimo, ze panicznie boję się wysokości. Na samą myśl o moim lęku delikatnie odsuwam się do tyłu.
- Przyszłaś… - słyszę w jego głosie zdziwienie, co z kolei dziwi mnie.
- Przepraszam… - odparłam i poczułam jak na moje policzki wstępuję czerwone i gorące rumieńce.
- To nic. Ja nie… nie jestem zły. Po prostu chciałem porozmawiać. – zaczyna już śmielej uśmiechając się miło.
- Ze mną?! – dziwie się jeszcze bardziej , a moje oczy wyglądają co najmniej jak te D.O – Nie ma o czym, jestem nudna…
- Zobaczymy, na razie cie nawet nie znam. Dlaczego teraz tu mieszkasz? – pyta prosto z mostu.
- To długa historia… - odparłam cicho, ale on nic nie mówi jak gdyby wiedział, ze szykuję się dłuższa przemowa. - Do czternastego roku życie mieszkałam z rodzicami, w Londynie. Ojciec pił, matka zresztą też. Całe dnie spędzałam w parku, z ludźmi, których nawet nie znałam. Opieka społeczna udawała, ze nic nie widzi. Pewnego dnia stamtąd uciekłam. Chciałam… chciałam się zabić, mimo, ze kochałam życie. Poszłam do tego samego parku co zawsze, sama. Było już szaro, a noc zapadała szybko o tej porze roku. W ręce ściskałam pojemnik z kupionymi za ostatnie pieniądze tabletkami. Usiadłam na jednej z ławek, w najbardziej odosobnionym kącie. Połknęłam je wszystkie i zasnęłam szybko. Śniły mi się anioły, bo zawsze o nich marzyłam. I tak znalazł mnie wujek… - urywam bo czuję jak łza spływa po moim policzku i wiem, że przyniesie kolejne.
Nawet nie zauważyłam, że siedział obok mnie przez cały czas. Teraz przytulił mnie mocno i szepnął na ucho, ze teraz będzie już tylko lepiej. Jeszcze nikt nigdy mnie tak nie przytulił. Dlaczego ja w ogóle powiedziałam o tym wszystkim obcej osobie? Kolejna łza spływa po moim zaczerwienionym policzku i opada na lawendowe włosy. Chłopak delikatnie wyciera mi policzek rękawem swojej bluzy i uśmiecha się do mnie.
- Nie płacz, proszę… - śmieje się.
Siedzimy tak dopóki nie dzwoni mój telefon, ze zmienionym
już dzwonkiem. Odbieram tym razem spokojnie, i oznajmiam wujkowi, ze zaraz
przyjdę. Podnoszę się do pozycji stojącej i otrzepuję z kurzu. Tao też się podnosi,
i tuli delikatnie na pożegnanie.
- Powidz mi tylko jedno… jesteś naszą fanką? – jego słowa brzmią bardzo niepewnie, jak gdyby bał się odpowiedzi.
- Dopóki tu nie przyjechałam, nie wiedziałam nawet co to Kpop. A kiedy wujek powiedział mi kogo będę uczyć, postanowiłam was posłuchać.
- Ach… Przyjedziesz jutro? – słyszę kiedy jestem już przy drzwiach.
- Jutro mam wolne. – mówię smutno.
- A dostane twój numer? – śmieje się podając mi telefon.
Wymieniamy się numerami i idę powoli do auta.
- No i jak polubiłaś ich? – pyta wujek, tajemniczo się uśmiechając.
- Powidz mi tylko jedno… jesteś naszą fanką? – jego słowa brzmią bardzo niepewnie, jak gdyby bał się odpowiedzi.
- Dopóki tu nie przyjechałam, nie wiedziałam nawet co to Kpop. A kiedy wujek powiedział mi kogo będę uczyć, postanowiłam was posłuchać.
- Ach… Przyjedziesz jutro? – słyszę kiedy jestem już przy drzwiach.
- Jutro mam wolne. – mówię smutno.
- A dostane twój numer? – śmieje się podając mi telefon.
Wymieniamy się numerami i idę powoli do auta.
- No i jak polubiłaś ich? – pyta wujek, tajemniczo się uśmiechając.
- Ym… Tak trochę… wydają się mili. – odpowiadam wymijająco. – A dlaczego pytasz?
- Po prostu zastawiam się, czy spodobało ci się tu. – odpowiada tym samym sposobem co ja, wiec muszę ukryć śmiech, aby nie zauważył, ze widzę jak kłamię. – Wiesz Xianmei będzie za niedługo rodzić, będę mniej czasu spędzać w firmie, i nie wiem czy sobie poradzisz.
- Spokojnie, dam sobie radę. Mała Mimori jest teraz najważniejsza. – rzekłam z przekonaniem.
- Cieszę się, że tak nas wspierasz. – uśmiecha się pogodnie.
Po chwili jesteśmy już u mnie pod blokiem, mężczyzna jeszcze tylko przypomina, ze mam nastawić budzik i odjeżdża. Mam dużo czasu, bo jest dopiero piętnasta, wiec postanawiam wybrać się na małe zakupy, bo moja lodówka powoli zaczyna świecić pustkami. Najbliższy sklep samoobsługowy ( a do takiego chciałam iść, przez moja znajomość języka) znajduje się w pobliżu, mojego miejsca pracy. W sumie dobrze, że był umieszczony w tamtym miejscu bo znałam do niego drogę. Zabrałam tylko telefon, portfel i siatkę na zakupy i wyszłam z domu. Pogoda była ładna, ale mroźna jak to w styczniu. Kiedy wychodzę z bloku szczelniej otulam się szalikiem z dwoma pandami na końcach. Idąc ulicą nadal chłonę wszelkie widoki, i uświadamiam sobie, że właśnie te budynki widziałam z dachu. Ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę, zapewne przed to, ze przez cały czas jestem uśmiechnięta od ucha do ucha, no i te europejskie rysy… Zaraz, zaraz czy któryś z chłopaków nie maił czasem lęku przed białymi ludźmi? Tylko za nic nie pamiętam który…
Przerywam moje rozmyślenia dopiero kiedy orientuje się, że jestem już pod sklepem. Dość niepewnie wchodzę do środka (to przez to kiedyś zwykle z takich sklepów, wyprowadzała mnie policja). Biorę jeden z koszyków i przechadzam się między półkami. Kupuję wiele rzeczy, o których jako mężczyzna wujek zapomniał. Już mam iść do kasy kiedy słyszę za moimi plecami.
- Kogo my tu mamy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`
- Po prostu zastawiam się, czy spodobało ci się tu. – odpowiada tym samym sposobem co ja, wiec muszę ukryć śmiech, aby nie zauważył, ze widzę jak kłamię. – Wiesz Xianmei będzie za niedługo rodzić, będę mniej czasu spędzać w firmie, i nie wiem czy sobie poradzisz.
- Spokojnie, dam sobie radę. Mała Mimori jest teraz najważniejsza. – rzekłam z przekonaniem.
- Cieszę się, że tak nas wspierasz. – uśmiecha się pogodnie.
Po chwili jesteśmy już u mnie pod blokiem, mężczyzna jeszcze tylko przypomina, ze mam nastawić budzik i odjeżdża. Mam dużo czasu, bo jest dopiero piętnasta, wiec postanawiam wybrać się na małe zakupy, bo moja lodówka powoli zaczyna świecić pustkami. Najbliższy sklep samoobsługowy ( a do takiego chciałam iść, przez moja znajomość języka) znajduje się w pobliżu, mojego miejsca pracy. W sumie dobrze, że był umieszczony w tamtym miejscu bo znałam do niego drogę. Zabrałam tylko telefon, portfel i siatkę na zakupy i wyszłam z domu. Pogoda była ładna, ale mroźna jak to w styczniu. Kiedy wychodzę z bloku szczelniej otulam się szalikiem z dwoma pandami na końcach. Idąc ulicą nadal chłonę wszelkie widoki, i uświadamiam sobie, że właśnie te budynki widziałam z dachu. Ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę, zapewne przed to, ze przez cały czas jestem uśmiechnięta od ucha do ucha, no i te europejskie rysy… Zaraz, zaraz czy któryś z chłopaków nie maił czasem lęku przed białymi ludźmi? Tylko za nic nie pamiętam który…
Przerywam moje rozmyślenia dopiero kiedy orientuje się, że jestem już pod sklepem. Dość niepewnie wchodzę do środka (to przez to kiedyś zwykle z takich sklepów, wyprowadzała mnie policja). Biorę jeden z koszyków i przechadzam się między półkami. Kupuję wiele rzeczy, o których jako mężczyzna wujek zapomniał. Już mam iść do kasy kiedy słyszę za moimi plecami.
- Kogo my tu mamy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`
Nie macie pojecie jak się ucieszyłam widząc te 5 komentarzy. Jesteście cudowne!! ♥ TheRoxi, zapisałam sobie wszystkie wyrażenia i na pewno będę je stosować. Choć mam już napisane rozdziały na przód. :) Ten rozdział jest chyba zbyt chaotyczny...
Wowowow ja to mam wyczucie, weszłam na twój blog zanim pojawił mi się nowy rozdział w bloggerze! *^*
OdpowiedzUsuńZnowu jedno wielkie "AWWW" dla Pandzi i Jelonka! ^^ Czyżby nowy pairing ? YuTao? XD Troszkę (a nawet bardzo!) smutna ta jej przeszłość ;cc Bardzo fajny rozdział i bardzo ciekawa jestem co się dalej stanie :D
Ołmajgat To jest boskie!
OdpowiedzUsuńChce nowy chce nowy chceee!
Żądam i pragnę!
Elo nie zapomnij, że czekam :)
opowiadanienuet.blogspot.com
Aaaaa!!! Toż to jest boskie milordzie xD. Znowu nie mogę wyjść z zachwytu. Po raz kolejny w glowie siedzi mi tylko taki ludzik, który mówi "Awwwwww *.*"
OdpowiedzUsuńTrafiłam na Twojego bloga, przypadkiem. Szukałam jakiś fanficów z Exo. Weszłam na tego bloga. A tu proszę. Od razu przeczytałam wszystko. I mogę stwierdzić, że to jest boskie. :P
A jeśli ci to nie przeszkadza i masz troszkę czasu to zapraszam do mnie. Na razie tylko prolog, no ale cóż :D
http://exo-unfinished-diary.blogspot.com/
Jakby co to przepraszam za Spam :(
Cudowny *__*
OdpowiedzUsuńCzekam na więcej!! :)
OMG nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów
OdpowiedzUsuńJak na razie super :D <3
Długość znośna, milusia fabuła, bardzo ładnie ^_^
OdpowiedzUsuńCieszę się, że mogłam pomóc ;)