piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 5 "Rodzimy"

Co za nudny wieczór, zresztą jak każdy w moim wykonaniu. Ale czego można się spodziewać po dziewiętnastolatce w mieście, którego zupełnie nie zna. Koniecznie musze sobie kupić kota. Tak. Kot to całkiem dobry pomysł, nie będę sama i mieszkanie będzie weselsze. Tylko jak ja go nazwę? Mam pomysł! Po japońsku kot to Neko, wiec nazwę mojego kotka Neko. Jestem geniuszem. Dobra plan już jest, teraz trzeba zdobyć kotka.
Przypominam sobie, że miałam oglądać występ, nie uśmiechało mi się to, ale czego się nie robi dla… no właśnie dla kogo? Mimo, że lubię ich muzykę to oglądanie koncertu w telewizji jest nudne.
Jednak oglądam i ku własnemu zaskoczeniu, podoba mi się. To nie jest występ jakie widziałam wiele razy w Anglii, jest naprawdę widowiskowo, a chłopcy dają z siebie wszystko. Choreografie zapierają dech w piersi i zastanawiam się jakim cudem nie połamali sobie kręgosłupów. Ten zespół jest zadecydowanie nie z tej planety. Jak oni mogą być tak idealni i różnorodni. Jeszcze dwa lata temu nazwałabym ich bandą zniewieściałych nastolatków ale na szczęście mój światopogląd zmienił się od tamtego czasu. Teraz bardzo boli mnie to jaka była kiedyś, godziny w parku spędzone przy piwie i fajce dają o sobie znać. Mało obchodzili mnie inni ludzie, a to dlatego, ze ja nie obchodziłam ich. Byłam tylko jednym z wyrzutów społeczeństwa.
Ale to już przeszłość, on mnie zmienił, nauczył, że ludzi nie wolno dzielić na tych złych i na tych jeszcze gorszych. Nie podziękowałam mu nawet bo nie miałam kiedy. Już nigdy tak nie będzie… Może być inaczej, lepiej, gorzej, ale nie tak…
Nim zdążyłam się zorientować chłopcy stali już gotowi do finałowej piosenki, czyli „Wolf”. Byli tylko w szóstkę mimo to widowisko po raz kolejny zapierało dech w piersiach. Zresztą odkąd tylko usłyszałam tą piosenkę , skradła moje serce. Opowiada cudowną historię, a chłopcy przekazują poprzez nią takie emocje…
Wszystko co piękne kiedyś się kończy , pożegnali się z publicznością i równym rządkiem zeszli ze sceny. Zaspana już porządnie, spoglądam na zegarek i spostrzegam, ze jest już po dwudziestej trzeciej. Przez cały czas jadałam popcorn, wiec odpuszczam sobie kolację. Wyłączam z wolna telewizor i wlokę swoje zwłoki do łazienki. Tam zdejmuję z siebie ubrania, rozpuszczam niedbałego koka i wchodzę pod prysznic. Ciepła woda działa na mnie kojąco i uspokajająco. Mogłabym tak spędzić wieczność, ale streszczam się, bo jestem już bardzo zmęczona. Szybko się wycieram , robie wszystko to co, robią dziewczyny w moim wieku po wyjściu z pod prysznica, czyli nakładam kremy, maseczki i inne. Ubieram się w końcu w mięciutką piżamkę, a następnie udaję się do sypialni. Zanurzam się w cieplutkiej pościeli usypiam.
Jednak dzieje się to co zwykle, sen mam bardzo niespokojny. Znów śnią mi się te osoby w czarnych kostiumach, i oczy… Mam ważenie, ze nigdy nie będę mogła się od nich uwolnić. Najgorsza była świadomość, że śnię i nie mogę się obudzić. Codziennie rano budzę się przerażona, chyba zacznę chodzić do terapeuty, bo przeszłość zostawiła ślad na mojej psychice, a może to przyszłość… Ciągłe złamania, rozcięcia, rany, bójki sprawiły, ze boję się naprawdę wielu rzeczy. Zniszczyła mnie moja głupota. Dobrze, że dokładne dobrze, ze dokładanie dwa lata temu powiedziałam sobie dość. Co prawda miało mnie teraz nie być na świecie, ale ostatecznie wyszło dobrze. Ja to mam szczęście…
Z rezygnacją podnoszę się do pozycji siedzącej przypominam sobie, że dziś dzień lotu. Koreo nadchodzę! Jak ja nienawidzę tego czegoś, na co inni mówią samolot. Nie mogłabym jeździć pociągiem, czy coś?
Podskakuję na łóżku, słysząc dzwonek swojego telefonu. Spoglądam na wyświetlacz  widzę zdjęcie cioci. Mimo wolnie uśmiecham się do ekranu. Jak ta kobieta pozytywnie działa na ludzi.
- Słucham? – ziewam wesoło do telefonu.
- Cześć Yuta. Śpisz jeszcze? Miałaś przyjechać przed odlotem. – wyrzuca z siebie słowa z prędkością światła, przez co mój świeżo obudzony mózg, nie może przez chwilę zrozumieć.
- Ahh… tak, będę za półgodziny. Lot mam i tak mam dopiero o piętnastej. – odpowiadam wstając z łóżka i jedną ręką ścieląc łóżko.
- Dobrze, czekamy. – pik… pik…
Jaka ona jest w gorącej wodzie kąpana…
Kończę układać pościel na łóżku, biorę do ręki ubrania i udaję się do łazienki. Tam biorę szybki prysznic, robię delikatny makijaż, ubieram się i wychodzę. Nie jem śniadania, bo mój żołądek niespecjalnie lubi przyjmować jedzenie z rana, a dziś mam lot, którego nie chciałaby spędzić w ubikacji.
Dzwonię po taksówkę i jadę do nich. Umówiłam się wczoraj z ciocią, że potem z wujkiem pojadę po bagaż. Zresztą nie mam go dużo, więc to nie powinien być problem.
Jakieś piętnaście minut później jestem już pod domem rodziców. Ucieszona wysiadam i płacę mężczyźnie za przejazd.  Oprócz tego kota, musze zrobić sobie prawo jazdy i kupić samochód.
Dzwonię do drzwi i czekam chwilę, aż ciocia je otworzy. Ku mojemu zdziwieniu otwiera zdenerwowany wujek.
- Co się stało?! – pytam od razu wiedząc, ze cos jest nie tak.
- Nic, po prostu Xianmei rodzi. – oznajmia i musze go podtrzymać, bo prawi się przewraca.
Nie czekając nawet, aż mu się poprawi wychodzę z przedpokoju i idę do sypialni, gdzie zastaję ciocię.
- Dzwoniliście po karetkę? – pytam bez zawahania.
- Tak zaraz mają być! – odpowiada wujek doczołgując się do sypialni.
- Jak tak na ciebie patrzę to, chyba zostanę lesbijką! – mówię do cioci, co nieco rozluźnia atmosferę.
Kiedy już otrząsam się z początkowego szoku idę do łazienki, gdzie w gorącej wodzie moczę ściereczkę, następnie wracam do pokoju i przykładam jej mokry materiał do czoła. Już po chwili przyjeżdża karetka. Ciocia jedzie z nimi, a ja z wujkiem. Taki macho a boi się rodzącej kobiety. W sumie boję się z nim nawet jechać tym samochodem.
- O której masz samolot? – pyta kiedy zatrzymujemy się przed szpitalem.
- O piętnastej dopiero, musze być na lotnisku. – mówię niemal wybiegając z samochodu.
Nie słyszę co mówi, bo od razu udaję się na recepcję. Pani odsyła mnie do Sali numer 113, na piętrze. Denerwuję się nieco mniej od tego rozhisteryzowanego trzydziestolatka, co pozwala zachować mi trzeźwy umysł. W sali zastaję lekarza, oraz ułożoną już wygodnie kobietę. Ginekolog twierdzi, ze wszystko jest w normie i nie ma powodu do obaw, mimo ze poród zaczął się trochę za wcześnie. Siadam na krzesełku obok łóżka i staram się puszczać mimo uszu krzyki kobiety.
Kiedy patrzę na biednego mężczyznę, zmagającego się ze zmianami nastroju kobiety, słyszę dzwonek mojego telefonu. Spoglądam na wyświetlacz, niechętnie przerywając sobie seans.

9:30 Pekin, China.
Co tam? Zdenerwowana przed lotem?
~Tao

Uśmiecham się do ekranu i szybko odpisuję.

9:33 Pekin, China.
Właśnie rodzimy, lot jest dopiero o 15:00.
Może jeszcze zobaczę malutką *^*
~Yuta

Podnoszę głowę z nad wyświetlacza i widzę, że po raz kolejny przyszedł do nas lekarz. Szybko zarządza, ze to już czas i zabiera ciocie na blok. Wujek zakłada ubranie ochronne i też się tam udaję. Ja postanawiam zostać bo znając życie pewnie by, zemdlała. Nie jestem odporna na takie rzeczy, a nie moną mają zajmować się lekarze. Po raz kolejny słyszę dzwonek, co od razu mnie w jakiś tajemniczy sposób uspokaja.

9:40 Pekin, China.
Powodzenia przy porodzie.
Luhan coś od ciebie chciał, mogę dać mu twój numer?
~Tao

Dziwi mnie nieco druga cześć wiadomości ale zgadam się, w końcu to może być poważnego. Zdenerwowana chodzę po korytarzu nie wiedząc co ze sobą zrobić. Dlaczego ja do cholery tam z nimi nie poszłam? Co tam się dzieje?
Moje histeryczna odruchy i myśli po raz kolejny przerywa telefon, obwieszczając, że przyszła nowa wiadomość.

10:10 Pekin, China.
Cześć Amanda! Mam do ciebie prośbę, moglibyśmy się zobaczyć
przed twoją podróżą? Odezwij się!
~ Luhan

Strasznie zadziwia mnie to co czytam, więc chwilę trwa zanim przetworzą informacje. W końcu jednak się namyślam pisze, że możemy się zobaczyć u mnie o 14:00.
Stoję tak nie wiedząc co ze sobą zrobić, aż w końcu z sali wychodzi lekarz, wszystko przebiegło prawidłowo i mogę zobaczyć mała i rodziców. Zanim jednak to się stanie spoglądam na małą przez szklane drzwi po mieszczenia i piszę jeszcze ostatniego SMS-a.

10:40 Pekin, China.
Urodziliśmy się! Już po nerwach… no może oprócz tego lotu,
On będzie… bardzo stresujący. Załączam zdjęcie malutkiej!
~ Yuta


Resztę czasu wolnego spędzam razem z opiekunami… razem z rodziną. Mimori okazuje się być miniaturką dziecka. Ciekawe czy moje dzieci też będą takie słodkie. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Przepraszam, ze tak długo ;_; Nie mogę zmusić się do pisania, a mam tyle na głowie...
Mam do was pytanie, chciałyście jakieś One Shoty na blogu? :)
Przepraszam za wszystkie błędy ;;
Wiem, ze dziecko w linku jest za duże, ale jest takie słodkie i kochane, ze nie mogłam się powstrzymać ( i innego nie znalazłam) :)

środa, 12 lutego 2014

Rozdział 4 "Jeszcze nie teraz"

Spoglądam przez wizjer i widzę uśmiechniętą Pandę, która już na mnie czeka. Otwieram drzwi i odwzajemniam uśmiech.
- Cześć  - mówię wesoło.
- Cześć. – odpowiada i wchodzi do środka.
- Dasz mi jeszcze chwilkę, bo trochę sobie zaspałam.
- Pewnie.
Prowadzę go do salonu, a sama biegnę ile sił w nogach biegnę poprawić makijaż, włosy, spakować wszystko do torebki, i sprawdzić, czy wszystko jest powyłączane. Kiedy jestem już pewna, że wszytko zrobiłam, idę jeszcze do sypialni. Podchodzę do szafki nocnej i wyciągam z niej małe pudełeczko. Ze środka wyciągam delikatną bransoletkę, malutką literką „A” na przedzie, zdobioną malutkimi fioletowymi kamyczkami. Nie potrafię zapomnieć, nawet teraz. Tao to cudowny kolega, ale chyba tylko kolega, jeszcze nie teraz…
- Możemy iść. – mówię wchodząc do salonu, ale mój głos dochodzi do mnie jak gdyby z drugiej strony chmur.
- Coś się stało? – pyta zaniepokojony, ale ja tylko kręcę głową, z nikłym uśmiechem na Ustach.
Wychodzimy z domu, a ja powoli wybudzam się z letargu, jaki wzbudziła we mnie, mała błyskotka. Pamiętam jakby to było dziś. Ten park, ci ludzie, ta ławka. Dzięki niemu zaczęłam się uśmiechać. Pierwsze wakacje, ciocią i wujkiem. Jego ojciec był przyjacielem wujka, co tylko pogłębiło naszą relację. Ale w końcu się skończyło, on musiał wyjechać, do Korei. Chciał robić karierę…  I wtedy podarował mi ą bransoletkę.
- Ami! O czym tam rozmyślasz? – z pyta uśmiechając się, i patrząc mi prosto w oczy.
- O tym co wszyscy, o przeszłości. – odpowiada odwzajemniając uśmiech – A tak właściwie to dokąd idziemy?
- Niespodzianka.
Po tych tajemniczych słowach rozmawiamy luźno o wszystkim i o niczym. Chłopak opowiada mi o życiu w zespole, o tym jak się do niego dostał, o męczących treningach, rozstaniu z rodziną. Kiedy mówi o tym ostatnim, dochodzę do wniosku, że dla niego to męka, a dla mnie błogosławieństwo, jaki ten świat jest dziwny…
- Dlaczego mi to tym mówisz? – pytam nagle, zanim zdążę ugryźć się w język. 
- C-co? – jego oczy rozszerzają się do rozmiaru oczu D.O. – Bo… ty opowiedziałaś mi swoją historię, i jesteś bardzo dobrym słuchaczem. – kiedy to mówi uśmiecham się szeroko.
- Jesteś kochany… - stwierdzam cicho i czochram jego kruczo-czarne włosy. – A powiesz mi dokąd idziemy?
- Nie. – brzmi tak stanowczo, że postanawia odpuścić sobie to małe śledztwo. – Ale chyba lubisz naturę?
- Tak… na pewno bardziej niż dach wieżowca, jeśli o to pytasz, choć i do tego zdążyłam przywyknąć.
- Zauważyłem. Ostatnio nawet nie krzyczałaś z przerażenia. –śmieje się.
Jesteśmy w centrum, wiec pojechać metrem na przedmieścia. Kupujemy bilety ( a raczej on kupuje, bo ja nadal nie potrafię się z tym obchodzić) i wsiadamy. Czuję na sobie spojrzenia wszystkich w przedziale, ale nawet mi to nie przeszkadza. Wysiadamy w części miasta, której zdecydowanie jeszcze nie widziałam.
- Teraz się trochę przejdziemy, tylko uważaj bo Sb trampki pobrudzisz. – czy jemu przeszkadza to, że noszę trampki w ziemie?
Idziemy żwirowaną i dobrze zadbaną dróżką, kiedy zauważam, pierwsze wirujące dookoła płatki śniegu. Przypominają mi malutkich ludzi tańczących idealny układ taneczny. W oddali zauważam niebieską nieporuszającą się tafle wody. Prawie jak lustro odbija w sobie wszystkie rzeczy znajdujące
 się w pobliżu. Jesteśmy już pod skarpą , w której płynie niczym nie zmącony bieg rzeki kiedy Tao niespodziewanie się odzywa.
-Chcesz zejść na plaże? – pyta zapatrzony w dal.
Nie raczej nie… - mówię piskliwym głosikiem, jak zawsze kiedy się boję. Nie dość, ze wysoka skarpa, to jeszcze woda.
- Tylko mi nie mów, że boisz się wody! Kurwa! Wiedziałem, ze z tą niespodzianką to zły pomysł, mogliśmy iść na lody, albo do wesołego miasteczka, ale nie… bo ja idiota musiałem wziąć cię nad rzekę… - skończywszy swój monolog siada na białe już od śniegu ziemi i chowa twarz w dłonie. Mimo woli uśmiecham się delikatnie na ten widok.
- Tao… - mówię cicho , klękając przed chłopakiem. – Nic się nie stało… To najpiękniejsze miejsce w jakim byłam. I szczerze mówiąc to… boję się wesołych miasteczek.
- Czego ty się nie boisz? – pyta udając zaciekawienie.
- Nie wiem… ale ciebie się nie boję. A teraz wstawaj bo się przeziębimy. – wstaję i szczelniej otulam się puchatym szalikiem, w pandy.
- Amanda… - zaczyna ale nie dane jest mu dokończyć.
- Nie mów do mnie Amanda mów do mnie Yuta.
- Dobrze.. to nawet prostsze…  - uśmiecha się promiennie – Yuta… skoro pomogłem ci w przezwyciężeniu lęku wysokości, to może z wodą też mi się uda…
 - Powiedz, że nie chcesz mnie wrzucić do rzeki! – krzyczę przerażona.
- Nie, myślałem raczej o basenie. Moja siostra, Kris, może inni chłopacy… - pyta a jego uśmiech powiększa się jeszcze.
- Ymm… no nie wiem. Dziś jest piątek, a w poniedziałek lecę na tydzień do Seulu.
- Zaraz, zaraz… JAK TO NA TYDZIEŃ DO SEULU?  - wymówił dobitnie.
- Jak to nie wiesz? – pytam równie zdziwiona co on. – stwierdziliśmy, ze tydzień będę spędzać tam, a tydzień tutaj. – wyjaśniam.
-  A więc to tak… Ej! Yuta mam jeszcze tylko jedno pytanie i będziemy lecieć, bo robi się na prawdę zimno. – poprawia płaszcze demonstrując jak mu zimno.
 - Mów śmiało! – ton mojego głosu robi się nieco bardziej podejrzliwy.
- Masz chłopka? – pyta wprost, chyba próbując zrobić to delikatnie.
- Nie… i na razie raczej nie szukam miłości… - odpowiedź jest dość szybko pomimo początkowego zdziwienia.
- Dziwne to zabrzmi ale… cieszę się. Nie, żebym cie nie lubił czy coś, ale nie chcę mieć, a raczej nie mogę dziewczyny, i nie chciałbym cie zranić. – tłumaczy tajemniczo, na jednym wydechu.
Postanawiamy wrócić do centrum i coś zjeść. Mimo naszych wyznań jest miło, i nie czuję się niezręcznie. Jesteśmy jak przyjaciele… Albo nie! Tylko nie przyjaciele. Przerabiałam to już. Zupełnie nie wierze w przyjaźń damsko-męską. Zawsze ktoś się zakochuje i potem jest problem.
W końcu idziemy na sushi, a ja całą drogę przechwalam się, że potrafię jeść pałeczkami. Co prawda robiłam to tylko raz, ale wychodziło mi naprawdę dobrze.
Siedzimy już czekając na lunch, i naglę słyszę z ust piosenkarza.
- Fajny szalik… - uśmiecha się lekko, patrząc na pandy zwisające z obu jego końców. – Lubisz pandy?
- A można ich nie lubić?! – symuluję zdziwienie, patrząc z uśmiechem na chłopaka.  – Pandy są słodkie.

- Wiesz… ludzie mówią, ze wyglądam jak panda. – obwieszcza robiąc w  moją stronę słodką minkę.
- Hah… Ale ty wyglądasz jak taka duża panda. A duże pandy nie są w cale słodkie…
- Bardzo śmieszne…
- Całe popołudnie mija nam w świetnej atmosferze. Po sushi idziemy na gofry (bo Yuta jest nienażarta  xD przypis autora), w której podobno sprzedają najlepszy gofry w Pekinie. Zjadamy i ten posiłek ze smakiem, chodząc po parku i opowiadając o sobie nawzajem. Chłopaka bardzo interesuję jak jest w Ameryce i Anglii, ale ja uparcie twierdzę, że Azja jest o wiele bardziej interesująca. Opowiadam mu o tym, ze zawsze marzyłam, żeby mieszkać w Azji.
Potem Tao mówił mi o życiu w Azji właśnie. O szkole, jak u nich wygląda kultura względem innej osoby. Zdziwiło mnie, że ich relacje są tak oficjalne. Ale chłopak wytłumaczył, że jest to zależne od kontaktów tych osób i nie zawsze tego przestrzegają.
Około 16:00 musi wracać do dormu, bo o 20:00 maja koncert. Życzę mu szczęścia i obiecuję, zę będę oglądać. Bo koncert był transmitowany.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Gomen! Przepraszam, że tak długo to trwało, ale szkoła, i choroba robi swoje. Wybaczcie mi też wszelkie błędy, bo ledwo żyję. A i to że pisze raz w czasie teraźniejszym raz w przeszłym to efekt zamierzony :) Dziękuję za komentarze pod ostatni postem :* ♥

FanPage