wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział 14 "Urodziny"

Ci którzy przez cały okres dojrzewania byli rozpieszczani przez swoich kochających rodziców nigdy mnie nie zrozumieją, nawet jeśli będą bardzo się starać i tak pomyślą coś w stylu: „Gdybym miał takich rodziców jak ona miałbym więcej swobody”. Nie mam do nich o to pretensji zapewne też bym tak myślała gdyby tylko moje dziecięce lata wyglądały nieco inaczej.
                Dziś wielki dzień, pierwszy duży występ z okazji tego combacku. Muszę się pogodzić z tym, że teraz w życiu mojej rodziny pierwsze miejsce będzie zajmować właśnie EXO. Ale żeby nawet ciocia?
- Yuta! – krzyczy ktoś z drugiego końca korytarza. – Tak się cieszę, że jesteś tu z nami! – albo mam omamy, albo widzę Krisa, który nie może się opanować ze szczęścia.
- To ja się cieszę! Dziękuję jeszcze raz za zaproszenie.
Tak. Wszyscy jesteśmy okropnie podekscytowani. Super będzie na żywo zobaczyć występ chłopków, a zwłaszcza Luhana. W końcu to po części moja zasługa, że dziś będzie mógł pokazać światu coś nowego! Coś co razem stworzyliśmy…
-Amanda! – słyszę za sobą przyciszony głos jednej ze stylistek.
- O! Cześć, chciałaś coś? – pytam zdziwiona.
-Ami… nie udawaj, dziś wielki dzień! – mówi a ja za nic nie wiem co chce mi przez to przekazać.
- No tak dziś występ… ale… - zaczynam, jednak nie dane mi jest dokończyć.
- Nie wygłupiaj się, dziś są przecież twoje urodziny – jej ton głosu wydaję się być bardzo wesoły i przejęty. – Wszystkiego Najlepszego! Przepraszam, ale muszę już uciekać.
- Dziękuję, to miłe. – zaznaczam a dziewczyna odchodzi.
A to ciekawe, jako jedyna pamiętała o moich urodzinach mimo, że prawie z nią nie rozmawiam. Dziś moje 19 urodziny. Odkąd mieszkam, ba odkąd znam moich przyszywanych rodziców ten dzień zawsze był szczególny. Dzień, który należał tylko do mnie. Naprawdę nie chcę zachowywać się jak rozpieszczony bachor, ale zaczęłam obchodzić swoje święto dopiero w wieku 13 lat. To chyba jest wiec powód dla, którego teraz te wszystkie lata próbuję nadrobić. Prawda? Eh… a może naprawdę miałam ostatnio w życiu za dobrze…
                 W końcu zmęczona rozmyślaniem udaję się na backstage gdzie chłopaki czekają już do wyjścia na scenę.
- Powodzenia. – tylko tyle jestem w stanie powiedzieć.
                Show jest cudowne, nowe układy są fenomenalne. Przeraża mnie tylko ich poziom trudności, prędzej połamałam bym sobie kręgosłup i nogi, niż zatańczyła to co oni. W końcu czas na moment, który chyba najbardziej mnie interesuje. Solowy występ Luhana. Kiedy zbiega ze sceny chcąc wcześniej wziąć przygotowaną gitarę, łapię go za ramię i mówię dobitnie, nie znosząc sprzeciwu.
- Luhan. Posłuchaj mnie. Wiem, że wolałbyś aby to Kage cię uczyła ale teraz o tym nie myśl. Mam nadzieje, ze nie byłam aż tak beznadziejna i czegoś cię nauczyłam. Powodzenia.
                Próbuje coś jeszcze powiedzieć ale niemal natychmiast zostaje wypchnięty na scenę. Nie wiem co skłoniło mnie do takich wyznań, jednak cieszę się, że mogłam mu to powiedzieć. Niech wie…
Kiedy jest już na scenie i gra spokojną balladę przez głowę przelatuje mi tysiące myśli. Minęło jakieś pół roku, może nieco więcej.  Wspaniała dwunasta chłopków odmieniła moje życie bezpowrotnie. Odmieniła je po raz drugi.
Wiele razy zastanawiałam się czy nie mówić do cioci i wujka „mamo”, „tato”, w końcu to oni wyciągnęli mnie z całego tego bagna, w którym tkwiłam. Dziś w dniu moich urodzin, przypominając sobie jak spędziłam te dni z zapitymi na umór rodzicami, wiem już dlaczego. Te słowa kojarzą mi się z ludźmi, którzy zniszczyli mnie psychicznie. Smutne, prawda?
                Mama, kiedy miałam 6 lat zaczęła pić, a wszystko przez to, że nie potrafiła znieść zachowania ojca. Do dziś pamiętam jej czułe spojrzenie kiedy mówiła: „Kochanie ja już nie uwolnię się z tej klatki, ale ty masz szansę.” Miałam wtedy tylko 7 lat. Następnego dnia wypiła kilkoma łykami butelkę wódki i zataczając się poszła zadzwonić… do opieki społecznej. Zostawiła mnie, poddała się. Już nigdy się nie dowiem  czy powinnam jej za to dziękować czy jej nienawidzić. Jakaś cześć mnie pragnie wierzyć, że to było tylko i wyłącznie dla mnie, ale nie oszukujmy się, ona chciała pozbyć się obowiązku i móc zatopić smutek w alkoholu. Porzucając jedyną córkę.
Tata pił odkąd pamiętam. Nigdy nie lubił dzieci, wręcz ich nienawidził. Tak teraz myślę, że może moje narodziny bardzo zmieniły jego życie. W końcu podobno kiedyś był dusza towarzystwa, i roześmianym mężczyzną, z dołeczkami w policzkach, których nigdy nie wiedziałam. Tak o nim opowiadała mama. Nie czuję się winna rozpadu ich małżeństwa. Nie czuje się winna bo nie miałam na to żadnego wpływu. To oni podjęli głupie i nieodpowiedzialne decyzje. Oni.
Prawda?
- Jak ci się podobało, piękna? – pyta podbiegając maknae.
- Było świetnie. – moje słowa nie są nawet kłamstwem. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że oglądałam cały ich występ.
-  Amanda, w tych włosach wyglądasz prześlicznie. – recytuje Lay.
- Uważaj bo się jeszcze zarumienię – mruczę pod nosem zastanawiając się czy czasem nie jestem już cała czerwona.
- Przeprasza, ale musimy już iść zaraz mamy wywiad – uspokaja sytuacje lider i już ma iść, jednak zatrzymuje się i szepce na ucho. – Ja pamiętam.
- Ale o czym? – pytam, chłopak jednak jest już zbyt daleko aby mnie usłyszeć.
Eh… dlaczego to jest tak bardzo skomplikowane? Życie naprawdę nie może być proste i przejrzyste? Było by zbyt łatwo?
Po raz kolejny dzisiejszego dnia nie wiem co ze sobą zrobić. Fani opuszczają już salę a koncert już się skończył. Jedynie ja stoję wciąż wpatrując się w scenę i myśląc. Ciocia by nie zapomniała.
- Yuta podwiozę cię do mieszkania. – mówi nagle wujek stając przede mną. – Jest już po dwudziestej. Bądź za piętnaście minut przy aucie.
Kiedy on jest już daleko krzyczę w przestrzeń. Wiem, że nikt mnie nie usłyszy, a nawet jeśli to nie zwróci na to uwagi. Zrezygnowana swoją postawą powoli kieruję się na parking. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinnam się tak zachowywać, nie jestem pępkiem świata.
Powoli idę korytarzem w stronę podziemnego parkingu gdzie zaraz zapewne uda się tez wujek. Idąc zastanawiam się czy nie pojechać z nim do domu, do nich. W końcu lepsze to niż użalanie się nad sobą. Stwierdzam jednak, że nie będę się wpraszać. Gdyby chcieli zaprosiliby mnie. Tak jak w tamtym roku kiedy zrobiliśmy sobie maraton filmowy z wszystkimi częściami „Władcy Pierścieni”.
- Jesteś w końcu. Słuchaj odwiozę cię tylko pod to skrzyżowanie, gdzie skręca się do nas, bo bardzo mi się śpieszy. Okey? –pyta.
Super. Świetnie. Cudownie. Co jeszcze?
- Okey.
                Czy naprawdę wszystko musi być dziś przeciwko mnie? Nie chodzi o to, ze nie mogę się przespacerować, ale to moje urodziny i jak na złość wszystko jest na odwrót. Dlaczego? Co się zmieniło po tym jak tu przyjechałam?
                Droga do skrzyżowania, na którym ma mnie wysadzić wujek nie jest wcale długa, więc już  po kilkunastu minutach wychodzę  z pojazdu żegnając się z wujkiem najmilej jak potrafię. Kiedy samochód znika mi z oczu, szybko przechodzę na druga stronę jezdni. Nie śpieszę się bo nie mam do czego, pogoda jest pochmurna, ale nie dokucza mi zimno. Wiem, że nie powinnam być na nikogo zła, jednak ostatnio wszystko mnie „boli”. Po dość długiej chwili zaczyna padać deszcz,  nie przyśpieszam kroku, lubię deszcz zwłaszcza tak ciepły jak ten, wiec to prawie przyjemność kiedy pada bardziej.
                Jestem już cała mokra  stojąc na progu. Szukam klucza chcąc otworzyć drzwi jednak ku mojemu przerażeniu nie mam go przy sobie. Ciekawe co ja teraz zrobię…? Jest zimno i do tego leje, pomimo całej mojej miłości do deszczu jest mi teraz bardzo, bardzo zimno.
Zła naciskam klamkę z pewną nadzieją, że tajemniczo się otworzą i będę mogła spokojnie przebrać się, a potem zasnąć.
                Czeka mnie jednak kolejne zaskoczenie, drzwi ustępują pod moja dłonią i z lekkim skrzypieniem otwierają przede mną przed pokój. Co teraz? Albo zabije mnie ktoś kto okrada właśnie mój dom, albo zastanę mieszkanie w okropnym stanie i bez moich rzeczy… Szybko rozglądam się dookoła za czymś co mogłaby mi posłużyć w razie spotkania się z zabójcą. Niestety jedyną „bronią”, która znajduję jest dość lekka rurka od wieszaka na płaszcze. Mimo pewnego niepowodzenia ostrożnie zaczynam zbliżać się do pogrążonego w ciemności salonu. Stojąc w „drzwiach” (czyt. dziurze w ścianie) nie widzę nic prócz ciemnej ciemności. To dziwne na polu jest co najwyżej szaro, a ja nie zasłaniałam żaluzji przed wyjściem. Powoli naciskam włącznik światła.
                To niemożliwe.
                Zza kanapy wyskakuje całe EXO-M, kilka znajomych z SM oraz wujek i ciocia. Sama nie wiem, czy bardziej się Cieszyc czy złościć. Z jednej strony cieszę się z niespodzianki, którą zgotowali mi najbliżsi, drugiej jednak jestem okropnie zła za to, że kazali mi znosić te katusze.
- Ami, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. – śmieje się ciocia od razu mnie przytulając. – pozwól, że złożę ci życzenia. Kochanie życzę ci wiele miłości i szczęścia, życzę żebyś już zawsze była tak odważna i dzielna jak dotychczas. Gdyby nie twoja siła ja też wiele razy bym się poddała. Wszystkiego o czym marzysz aniołku. – kończy ze łzami w oczach.
                Następnie życzenia składa mi wujek, od którego dostaję mojego wymarzonego kotka przez co musze powstrzymywać łzy wzruszenia. Potem następuję czas całej reszty zebranych. Tao chyba z pięć razy życzy mi dużo miłości. A od Krisa dostaję bluzę „WOLF 88” z jego imieniem. Jacy oni są delikatni.       Na początku martwię się czy w ogóle mam coś w lodówce, nie wspominając już o jakiś ciastkach, ale jak się potem okazuje rodzice o wszystko zadbali. Xiumin ukradł mi nawet w którymś momencie klucze, aby to przygotować. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego co udało im się dla mnie zrobić.
- Naprawdę nie wierze, że to zrobiliście. – mówię po raz setny tego wieczoru, siedząc na ziemi i opierając się o długie nogi Krisa. – Jeszcze dali wam wolne dziś wieczorem… 
-Szef uznał , że należy nam się odpoczynek, chociaż myślę, że bał się po prostu śmierci na scenie. – szepce mi prosto do ucha nie chcąc przeszkadzać innym w oglądaniu horroru.
- Ahem… - za kreatywność moich odpowiedzi powinnam dostać nobla.
- Yuta? Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałem o Tao? – jego pytanie zupełnie wytrąca mnie z równowagi.
- Emm… Tak, pamiętam, a o co chodzi?
- Myślę, że powinnaś z nim pogadać. On naprawdę myśli, że coś do niego czujesz, a z tego co opowiadał wynika, ze ty nikogo nie szukasz. Przepraszam za moją bezpośredniość, ale Panda to mój najlepszy przyjaciel, wiec bardzo się o niego martwię. Mam nadzieje, że rozumiesz…
- Oczywiście… - próbuję powiedzieć, ale niespodziewanie przerywa mi Lay.
- Słuchajcie jak chcecie się migdalić, to wyjdźcie bo ja chce oglądać. – ogłasza na tyle głośno, aby wszyscy usłyszeli. Już mam protestować, jednak Kris jest szybszy.
- Już idziemy. – mówi ciągnąc mnie za rękę i wyprowadzając z pokoju.
Idziemy prosto w stronę mojej sypialni. Czy to nie dziwne, że porusza się po moim domu mieszkaniu jakby spędzał tutaj, każdą wolną  chwile? O ile on ma jakieś wolne chwile. W końcu siedzimy na moim ogromnym łóżku i postanawiam zacząć wracać do rozmowy.
- Po pierwsze. Oni pomyślą sobie teraz coś głupiego. Po drugie skąd wiesz gdzie jest moja sypialnia?! – pytam w wyrzutem.
- Szedłem na oślep. – oznajmia tylko, niewinnie. – ale wróćmy do rozmowy.
- Nie wiem co mogłabym zrobić… - załamana chowam twarz w dłonie. – Nie chcę go zranić. Nie chce żeby było niezręcznie.
- Rozumiem cię. Uwierz mi… rozumiem. – mówi bardziej do siebie niż do mnie.
- Pójdę pożegnać ciocię i wujka pewnie zaraz będą asie zbierać. – informuje wychodząc z pokoju.

                Kris tam zostaje. Co teraz, czy naprawdę NIKT mnie teraz nie interesuje? Czy tylko ciągle oszukuje samą siebie?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Przepraszam za ten miesięczny poślizg z dodawaniem rozdziału, ale jak chyba sami wiecie poprawianie ocen jest czasochłonne. Teraz już powinno być regularnie, mam nadzieje. Dziękuję za wszystkie miłe komentarze ♥  Miłego czytania.