poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział 13 "Krótkie, kasztanowe włosy"

Budzik dzwoni kiedy jest jeszcze ciemno, więc wyłączam go szybko myśląc, że popełniłam błąd kiedy go nastawiałam. Zaraz jednak się opamiętuję. Miałam przyjść koło piątej rano do wujka pomóc mu w czymś tam… Szybko zbieram przygotowane w nocy rzeczy i udaję się do łazienki. Nie robię makijażu, a włosy związuję w kitkę. Ubieram wygodna legginsy w stylu „galaxy” a do tego obszerną koszulką z żółtą małpką na środku i bluzę w podobnym stylu. Zabieram tylko telefon oraz słuchawki i mogę wychodzić. W ostatniej chwili zauważam, że łyska się i grzmi, do tego okropnie leje. Chwytam za telefon, chcąc zapytać wujka co robić.
- Wujek? Słuchaj, jest burza przyjechałbyś po mnie? A potem podjechalibyśmy do firmy. – proponuje.
- Dobrze. – słyszę w słuchawce. – Zaraz będę.
Szybko naciągam na siebie kurtkę oraz buty mające imitować glany. I wtedy do głowy przychodzi mi pewien pomysł, który mam zamiar zrealizować już dziś po południu.
                Słyszę dźwięk klaksonu więc wychodzę z mieszkania i zamykam drzwi, następnie kieruję się do samochodu. W środku witam się z wujkiem i pytam o samopoczucie cioci i Mimori. Jak się okazuje wszystko jest w porządku.
                Z ciekawości zagaduje wujka, czy nie wie przypadkiem jak idzie tej nowej w Korei.
- Chyba wszystko w porządku, dlaczego pytasz?
- Wujku… bardzo się martwię, ona jest jakaś dziwna i fałszywa. Co jeśli to jakaś fanka? – wypluwam przed nim swoje wątpliwości.
- To nie jest takie proste… chłopcy ją polubili, a nie chcemy, żeby źle o tobie myśleli. – tłumaczy spokojnie.
- Dobra jesteśmy już na miejscu, wiec pójdę i porozmawiam jeszcze z Krisem.
- Będę u siebie w biurze, potem przyjdź mi pomóc.
- Dobrze. – mówię i wychodzę z samochodu.
Przebiegam do budynku tak aby nie zmoknąć zbytnio. Stojąc już „bezpiecznie” za drzwiami zauważam, że życie tętni tu jakby było co najmniej południe.
Szybko udaję się do sali treningowej nie zbyt uważając na ludzi, których mijam, przez co kilka razy na kogoś wpadam. Będąc już na miejscu widzę, że chłopaki ćwiczą układ więc muszę chwilkę zaczekać.
- Kris. Musimy pogadać. – obwieszczam kiedy już kończą.
- Po tak długim czasie mogłabyś nauczyć się mówić do mnie oficjalnie. – stwierdza jak zwykle niezbyt miło, lider.
- A kto powiedział, ze chcę? – odpowiadam mu tym samym.
                Ten tylko wzdycha głośno, zrezygnowany. Wychodzimy na korytarz, gdzie niemal od razu przechodzę do sedna sprawy nie interesując się tym czy nie zrobię z siebie wariatki.
- Słuchaj… - zaczynam pewnie, mimo wątpliwości. – Chyba obydwojgu nam nie podoba się ta dwulicowa… no ona. Tak sobie pomyślałam, że to może być jakaś fanka. I nie mówię tego bo jestem zazdrosna ale boje się, ze jeśli nic nie zrobię to coś się stanie. – oświadczam ze stoickim spokojem.
- Rozumiem. – przyznaje niezbyt zadowolony. – Też dużo o tym myślałem, ale chyba nic nie możemy poradzić. Dziś gadałem z Suho (on też niezbyt ja polubił) i mówił, ze ona jest bratanicą szefa. Co jak pewnie się domyślasz nie jest dla nas dobrą wiadomością. – relacjonuje lider.
- A oni? – palcem wskazuję na salę, z której dopiero co wyszliśmy. – Dalej są w nią tak zapatrzeni?
- Może nie zapatrzeni, ale wczoraj słyszałem jak Luha… -urywa.
- Co Luhan? No mów! –naciskam choć w głębi duszy wiem, że to co zaraz usłyszę będzie bardzo bolesne.
- Słyszałem jak on… - patrzy na mnie niepewnie, jego oczy wyrażają prawdziwy smutek. – Mówił, że chyba wolałby być Koreańczykiem, byleby móc zostać teraz w Korei.
Milknie. Panuje cisza, tak ciężka i nieprzyjemna, że mam ochotę wywrzeszczeć cała moją złość i smutek byleby tylko ją przerwać.
- A – i tak właśnie Yuta okazała swą cała inteligencje światu. Podziękujmy jej za te wzruszające słowa brawami.
- Nie bierz tego do siebie on po prostu… - próbuje mnie jakoś pocieszyć jednak kiedy widzę jak nieudolnie mu to idzie, szybko zmieniam temat.
- Dobra, nie ważne. Pomyśl nad tym co moglibyśmy zrobić, żeby sprawdzić czy jest okay. – mówię i odchodząc krzyczę tylko – Do zobaczenia po południu!
                Ciekawe tylko czy mnie poznasz.
***
Powoli idę ulicą, przeglądając się w niemal, każdej szybkie jaką napotkam na swej drodze. Trochę żal mi tego co zrobiłam, ale było mi to potrzebne. Fioletowe włosy już mnie znudziły, teraz przyszedł czas na coś nowego. Zatrzymuję się przez chwilę przy witrynie cukierni. Ludzie pewnie myślą, że coś ze mną nie tak skoro stoję i przyglądam się wypiekom tak długo, ale nie przeszkadza mi to.
Krótkie kasztanowe włosy i jakby jakaś obca doroślejsza dziewczyna. To właśnie widzę. To ja. Od zawsze lubiłam być na przekór wszystkiemu. Pierwszym krokiem był fiolet, ale teraz postawiłam na bardziej naturalny kolor i wizerunek Tomboya.
Już widzę miny chłopaków kiedy mnie ujrzą, jeszcze rano wyglądałam całkiem normalnie (jak na mnie).
Może nie będzie aż tak źle, w sumie w SM jest już jeden tomboy, czyli Amber z f(x), moja idolka. Od dziecka jakoś niespecjalnie interesowało mnie to co inne dziewczyny uważały za pasjonujące. Wolałam rozmawiać z chłopakami.
No ale nie ważne, nie ma co nad tym rozmyślać. Jestem już w końcu na miejscu. Zakład fryzjerski był na szczęście tylko pół godziny z stąd. Jeszcze tylko jedno zerknięcie w szklane drzwi i mogę wchodzić. Ledwo przekraczam próg , a już dostrzegam ucieszone obliczę sekretarki. Nie podchodzę aby z nią porozmawiać bo nie za bardzo mam na to czas. Wyszłam tylko na piętnaście minut, a nie było mnie półtorej godziny. Szybko wbiegam po schodach i kieruję się do małego ale przytulnego biura wujka. Na razie nie zobaczę się z chłopakami bo maja trening wokalny, a szkoda bo ich miny mogłyby być ciekawe.
                 Zdenerwowana naciskam na klamkę drzwi i wchodzę do pomieszczenia. Jak zawsze jest przepełnione zapachem męskich perfum co przyprawia mnie o mdłości.
- Mógłbyś tu czasem wietrzyć, wiesz? – pytam a on nawet nie podnosi wzroku z nad ekranu laptopa.
- Zawsze to mówisz. – odpowiada nadal nie podnosząc wzroku. – Musisz mi pomóc w…
Urywa a jego źrenice momentalnie się rozszerzają.
- No co? – pytam siląc się na niewinny i zarazem naturalny ton głosu.
- Nic, nic… po prostu mnie zadziwiłaś. Ładnie ci w takich włosach.
I to właśnie kocham u wujka nie dopytuje się, nie ocenia. Jest. Ciocia i wujek są co prawda jedynie namiastką tego co powinnam mieć od niemowlęcych lat, ale to już nie ich wina.
- W czym ci pomóc? – pytam siadając przy nie używanym biurku w rogu pomieszczenia, które od bardzo niedawna należy do mnie.
- Możesz zadzwonić do ludzi, którzy wynajmują nam sale koncertową i zapytać, o której możemy być na miejscu.
Oczywiście szybko wykonuję polecenie i ku mojemu zaskoczeniu chłopcy mają zacząć przygotowania już od dziesiątej rano. Nie żeby osiem godzin to trochę dużo.
Potem robie już cały czas to samo dzwonię, pytam, odpowiadam. Strasznie mnie to męczy ale wiem, ze jestem mu to winna. On pomagała mi przez tyle lat, ze mogę dla niego wykonać parę telefonów.  „Jestem mu coś winna”.  Potarzam sobie przez następną godzinę.
- Ami. Jest już po czternastej masz teraz lekcję. – przypomina, w końcu zaspanym głosem. Zapewne nie spał w nocy.
- Już idę – oświadczam szybko zbierając swoje rzeczy.
Spóźnienia w tym budynku nie są tolerowane, a zwłaszcza w przy tak napiętym grafiku. Chwilę potem stoję przed studiem w oczekiwaniu, aż zakończy się tam jakaś próba. Kiedy w końcu zaczynamy zauważam, że tej nocy EXO spało, bo Luhan nie wygląda aż tak strasznie jak ostatnio.
- Cześć – zaczynam od razu nie zwracając już w sumie uwagi na zdziwione spojrzenia chłopaka. – Dziś zajmiemy się dopracowywaniem szczegółów, oraz jeśli się nam uda dobierzemy odpowiednie akcesoria typu paski, piórka itp. Bo to też jest bardzo ważne.

                Ćwiczenia i dobieranie sprzętu idzie nam szybko. Za szybko. Wiem, że kiedy skończę będę musiała znów zasiąść za biurkiem wdychając odurzający zapach perfum i wypełniając kolejne papiery. A Luhan… on będzie musiał udać się na morderczy trening. Znowu. To konieczne, w końcu musi być perfekcyjnie. Podziwiam ich, naprawdę. Pomimo całej mojej miłości do muzyki nie potrafiłabym tak żyć. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Przepraszam za ten rozdział, ale jakoś nie miałam ani siły, ani chęci. Opowiadanie będzie toczyło się dalej nie zależnie od tego czy Kris zostanie czy odejdzie. Mam nadzieję, że ten rozdział mimo wszystko nie jest taki zły. 
Dziękuję za wszystkie komentarze ♥

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział 12 " Ta mysz się panoszy"

Moje życie jest przewidywalne jak kiepski film…
- Kris? – w moim głosie wyraźnie słychać znużenie wywołane przypomnieniem sobie o kiepskiej dramie, którą niedawno oglądałam.
- Wszyscy są na dole. – stwierdza chłodno, ale nie zrażam się tym zbytnio.
- Um. Nie przyszłam tu, żeby siedzieć na dole… zresztą nie jestem im tam potrzebna.
- Na mnie też nikt nie zwracał uwagi, więc przyszedłem tutaj. Tao mówił, ze tutaj dobrze się myśli. Miałaś nadzieje, że go tu spotkasz? – pyta w końcu.
- Tak… zaraz jedziecie. – podchodzę bliżej widząc, że nie tylko mi nie pasuje postawa nowej „koleżanki”.
Nie wiedząc jak się wobec niego zachować  siadam z dala od krawędzi dachu po turecku. Ciągle się boję… Już mniej, ale lęk wysokości chyba już na zawsze ze mną pozostanie. Spoglądam na zegarek, jest już po trzynastej. Czy on się zaraz nie spóźni?
- Idź już. – oddycham głęboko.
- Masz rację. Powodzenia. –życzy i odchodzi, a ja zostaję sama.
Jak to jest, że chłopcy nie widzą głupoty dziewczyn tylko, i wyłącznie dzięki ich wyglądowi. Jak to jest, że przedtem tak bardzo było im smutno, że odchodzę, a teraz… To nie jest tak, ze nie chcę dopuścić do nich nikogo oprócz siebie. Ja po prostu… martwię się. Jest mi też smutno. TAK! Będę to powtarzać! No nic, jeszcze tylko tydzień. Dam rade. Na pewno.
Jest dopiero piętnasta. Mam dziś wolne, bo „nowa” ma lekcję z Sehunem. Przynajmniej sobie odpocznę a raczej będę zadręczać się myślami o tym czy wszystko jest w porządku.
Możecie nazwać mnie wariatką, ale oni są bardzo, bardzo, bardzo sławni tutaj w Korei i mają przez to mnóstwo sasaeng fanów.
Powoli schodzę z dachu z myślą, ze czas wrócić do mieszkania, nic tu po mnie. Zatrzymuję się tylko na chwilę na parterze, aby podpisać „listę obecności”, która tutaj obowiązuję.
Zabieram cienką kurtkę z szatni, jednak jej nie zakładam, bo na zewnątrz jest już naprawdę ciepło jak na początek kwietnia. Gdzieniegdzie zaczynają nawet kwitnąć wiśnie. Tak jak sobie wyobrażałam siedząc na murze opuszczonej fabryki i marząc o lepszym życiu za granicą, najlepiej w Azji, którą tak bardzo wielbiłam, wraz  z moją jedyna koleżanką.
Niedługo po wyjściu z chłodnego wieżowca, staję pod własnym cieplutkim mieszkaniem. Zgrabnym ruchem przekręcam klucz w zamku i wchodzę do środka. Odkładam kurtkę na wieszak, jednocześnie zdejmując niewygodne buty. Mogłam jednak zamówić taksówkę, bo stopy bardzo mnie bolą. Kiedy jestem już rozebrana udaję się do kuchni, gdzie nalewam sobie soku do szklanki. Przy okazji zabieram także laptopa i udaje się do salonu.  Jak to ja muszę mieć jednocześnie włączony telewizor i komputer, inaczej jest pusto…
Lecą akurat wiadomości, już mam przełączyć kiedy dzieje się coś okropnego. Informacja. Jedna informacja. Zmienia cały mój dzień. Dziennik informacyjny podaje:

  „ZATONĄŁ STATEK, WIELE OSÓB RANNYCH I MARTWYCH!”

Jak to? Szybko pogłaśniam telewizor, skupiając się na informacjach podawanych przez dziennikarza. Rozpacz. Widząc zdjęcia z miejsca zdarzenia i krótkie nagrania ukazujące te wszystkie rodziny… rozpacz. To chyba jedyne słowo, które jest w stanie oddać zaistniałą sytuację. Dzwoni telefon.
- Amanda? Tutaj wujek. Słuchaj będziesz musiała wracać natychmiast do Chin. Ta nowa zajmie twoje mieszkanie.
-Co, ale dlaczego? – pytam, nic nie rozumiejąc.
- No chodzi o comback. Planowaliśmy to zrobić nieco inaczej, ale szef zadecydował, ze EXO-M zaczyna promocję już teraz, a EXO-K kiedy ludzie ochłoną po tej tragedii.
- To bez sensu, przecież w EXO-M też są Koreańczycy. –  mówię, ciągle nic do mnie nie dociera.
- Ami… szefa to nie obchodzi. Fani. To oni są ważni, chodzi o odbiorców nie chłopców. Oni za niedługo będą już w Chinach ty masz samolot rano. Musze kończyć dobrej nocy.
Rozłącza się.
Człowiek… Czy ludzie w dzisiejszych czasach widzą w nim cokolwiek prócz maszynki do zarabiania pieniędzy, zapominając o swoim człowieczeństwie? Raczej wątpię by ktokolwiek był w stanie, w tych okolicznościach uśmiechać się do kamer i tańczyć szczęśliwie na scenie. Oni mogli znać te zaginione lub martwe osoby, to mogli być ich znajomi, ze szkoły! Ale kogo to obchodzi… To nie ich interes. Bo przecież na tej tragedii także można nieźle zarobić. Albo na współczuciu dla ofiar. Gdzie ci ludzie w drodze do pieniędzy zgubili swojego ducha? Gdzie? Jestem ciekawa jak wyglądałoby ich stanowisko gdyby ktoś z ich rodziny tam był. Niektórzy jak widać muszą na własnej skórze poczuć ból aby móc współczuć.
Ale nie mi dane jest osądzać tym zajmie się ten na górze. Teraz muszę się spakować i pomóc im w przygotowaniach. W końcu podczas pierwszego programu na żywo Luhan ma zaprezentować swoje nowo nabyte umiejętności.
Idę już schodami w górę kiedy czuję wibracje w prawej kieszeni moich spodni. To Tao…
- Cześć. – jego głos jest bardzo słaby co mnie martwi.
- Cześć, coś się stało? – pytam.
- Emm… nic. Po prostu słyszałem, że jutro wracasz i nie mogę się doczekać. – próbuje się zaśmiać ale to wywołuje tylko salwę kaszlu.
- Masz taki słaby głos…
- To przez lekką gorączkę, ale nic się nie bój Kris dobrze się mną opiekuje. – oświadcza.
- Co?! – krzyczę zdziwiona. – Powinieneś teraz odpoczywać, a nie trenować.
-To moja praca, wiec jest okey.
- Zaczynam myśleć, że w tej wytwórni nic nie jest okey… - wypuszczam głośno powietrze. – Musze iść się pakować. Dobrej nocy, kuruj się bo czeka nas bardzo ciężka praca.
- Papa…
W ciągu trzydziestu minut wszystko wywróciło się do góry nogami… Nie za dużo jak na jeden rozdział, i kilkanaście mililitrów atramentu?
Wznawiam moją wędrówkę do sypialni i do razu wypakowuję wszystko z szafek. Nic prócz ubrań i kosmetyków nie jest tu moje. No… może jeszcze jedzenie, ale zostawię coś tej całej Hikari, a żeby z głodu nie padła bo pójdę siedzieć za „nieumyślne” spowodowanie śmierci.
Kiedy wszystko jest już spakowane i gotowe idę na dół do kuchni, aby przygotować sobie coś na rano do zjedzenia. Już teraz jestem pewna, ze wstanę zbyt późno.
Zrobione kanapki chowam do lodówki i śniadanie na jutro jest gotowe. Ponieważ jest jeszcze wcześnie udaję się do salonu, nie oglądam wiadomości bo potem zbyt dużo bym o tym rozmyślała i zapewne nie mogłabym zasnąć. Włączam byle jaki kanał, akurat leci mecz siatkówki. Jako wielka fanka tej dyscypliny chętnie oglądam mecz. Okazję się, ze jest to finał ligowych rozgrywek z polski (jednej z najlepszych lig w świecie). Z zadowoleniem odnotowuję, że za niedługo rozpocznie się sezon reprezentacyjny, który moim zdaniem jest jeszcze ciekawszy. Pytanie tylko czy będę mieć czas na oglądanie meczy. To dziwne ale nigdy nie kibicowałam Wielkiej Brytanii, tylko Polsce właśnie. Taki mały kraj, leżący pomiędzy Europą wschodnią i zachodnią. Ale jedno trzeba im przyznać maja świetnych sportowców… oprócz piłkarzy oczywiście.
Mniejsza z tym. Mimo ciekawego i zaciętego spotkania już pół godziny później zasypiam. Sen niby ten sam, ale sceneria inna. Sceneria i oczy. Sprawiają, ze pragnę się schować, uciec. To nie są oczka Pandy zmęczone i czarne jak smoła są inne. Co prawda widzę przed sobą cała postać tajemniczego chłopaka, jednak jestem w stanie patrzeć tylko w jego brązowo-miodowe tęczówki. Jego wzrok… jak gdyby o coś pytał…
Budzik.
Zaspana, szybko zrywam się kanapy, byle tylko jak najszybciej zapomnieć o moim śnie. Od razu wskakuję po prysznic, odkręcam wodę  tak aby była gorąca i niemal od razu mnie to odpręża. Niestety muszę się śpieszyć. Kiedy resztki piany ze mnie znikają , mogę wychodzić. Od razu dopada mnie przenikliwy chłód, więc z potrójnym przyśpieszeniem wycieram się do sucha. Zakładam wygodne legginsy i bluzę, którą dostałam od wujka. Czeszę włosy, robię naprawdę delikatny makijaż i jestem gotowa. Schodzę do kuchni aby zjeść szybkie śniadanie i ku mojemu przerażeniu w pomieszczeniu znajduję Kage wyjadającą moje cenne kanapki.
- O! To było twoje?! Tak mi przykro. – oświadcza swoim cukierkowym głosem chcąc być uznana za niewinną śmierci moich kanapek. Były jeszcze takie młode…
Oddycham głęboko przełykając ślinę i zmuszam się do powiedzenia czegokolwiek.
- Powodzenia. Wychodzę. – oświadczam po drodze zabierając wszystko co moje.
Naprawdę zdenerwowana opuszczam budynek. Jeszcze nie zdążyłam wyjść a ta mysz już zadomowiła się w moim mieszkaniu. Wyciągam z obszernej torebki telefon i dzwonię po taksówkę, po chwili czekania auto jest na miejscu. Pakuje walizki do bagażnika z pomocą kierowcy siadam z tyłu. Na lotnisko jedziemy długo, bo znajduje się na obrzeżach miasta. Kiedy jesteśmy już na miejscu wysiadam z pojazdu i od razu zauważam, że powietrze jest tu o wiele świeższe.
Dwie godziny później jestem już po odprawie i czekam na samolot. Naprawdę nie mogę się doczekać aż w końcu opuszczę to miejsce, zobaczę malutką Mimori i chłopaków.
Bardzo martwi mnie tez stan zdrowia Tao, przygotowania do combacku, a tak właściwie comback, który ma odbyć się już za dwa dni to nie najlepszy czas na chorowanie. Treningi oraz wysiłek fizyczny na pewno nie poprawiają jego stanu zdrowia. Najgorsze jest to, że nie mogę z tym nic zrobić. Mogłabym co prawda iść i powiedzieć CEO co o tym wszystkim myślę, ale wtedy byłaby zagrożona posada, moja jak i wujka. Gdybym miała ryzykować tylko własną pracą…
- Pasażerowie lotu 125 proszeni są o udanie się na pokład samolotu. – słyszę głos wydobywający się z głośnika nade mną. 
Przygotowana już od dłuższej chwili na ten komunikat, zabieram jedynie torebkę i udaję się do wyznaczonego miejsca.
Podróż mija jak na mnie bardzo spokojnie, jedynie przez chwilowe turbulencje byłam nerwowa.
Kiedy to piekło wreszcie się kończy, nie mogę doczekać się wyjścia na powietrze. Udaje mi się spełnić to życzenie dopiero po dwudziestu minutach. Przed budynkiem czeka na mnie wujek.
- Cześć! – tuli mnie mocno, a ja w odpowiedzi tylko odwzajemniam uścisk. – Musisz teraz jechać do studia bo trzeba coś niecoś dograć, w sprawie występu.
- Tak w ogóle, prześpię się dziś, albo jutro? – pytam z nieskrywaną nadzieją w głosie.
- Raczej nie… to znaczy mogłabyś, ale chyba nie zostawisz mnie z tym wszystkim samego?
- Nie zostawię… - obiecuje.
Już po chwili siedzimy w srebrnym, sportowym wozie wujka, z misją udania się do wytwórni. Po drodze przychodzi do mnie SMS od Tao, że już nie może się doczekać aż przyjadę, co natychmiastowo poprawia mi humor. Niby ten rozkapryszony bachor jest wkurzający, a jednak tak bardzo go lubię.
W końcu parkujemy na znajomym miejscu i wchodzimy do środka. Od razu witam się ze znajoma sekretarką, z którą bardzo się polubiłam.
- Gdzie iść? – pytam.
- Hymm… studio jest zajęte… może do sali prób, wiesz tam gdzie tańczą. – oznajmia wujek. – Musze już iść bo chyba będziemy musieli poprzekładać kilka rzeczy… - odchodzi.
Kiedy tak myślę ostanie stanie zdrowia chłopków, to może prezes dąży do wyeliminowania najsłabszych ogniw, albo po prostu chce ich wyzabijać.  
Ciągnę za ciężkie, szklane drzwi i otwiera się przede mną duża i przytulna sala prób, z czarną kanapą w rogu. W środku czekają już na mnie chłopcy.
- Cześć! – witają się zmęczonymi głosami.
- Cześć. – odpowiadam – Zostawiłam swoją gitarę w Korei, ale chyba są sobie poradzisz, prawda? – pytam Luhana.
                Tak bardzo nie chcę ich dodatkowo męczyć, ale jakby to powiedzieć… nie mam wyjścia. Luhanowi idzie świetnie wiec przez godzinę pokazuję mu różne techniki, które mógłby wykorzystać aby łatwiej mu się grało.
Przez kolejną godzinę rozmawialiśmy natomiast o tym co dzieje się ze zdrowiem chłopaków.
- Kai ma coś z biodrem, a Sehun z ręką, ale to chyba nie jest nic poważnego. - zaczyna Kris.
- A co z tobą Tao? –pytam.
-Trochę lepiej, ale wczoraj zdarłem sobie kolano na próbie.
- Może dadzą wam trochę odsapnąć.
- Byłoby fajnie. Jeszcze z dwa tygodnie luzu, a potem zaczną się koncerty… - opowiada Xiumin.
- Myślałam, ze promocja już się zaczęła…
- To jest tylko przedsmak, ale nie martw się po to tutaj jesteśmy, w końcu sami sobie wybraliśmy takie życie. – Uspokaja mnie Kris.
Jest już bardzo późno kiedy wychodzę z siedziby SM. Do mieszkania udaję się pieszo. Wujek już zawiózł tam wszystkie moje rzeczy. Będąc już na miejscu, od razu idę wziąć prysznic, a potem spać.
To będą ciężkie tygodnie. 
                                                                                                                ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~` 
Co prawda pojawił się tu wątek rzeczywisty, ale raczej nie będę opierać się na rzeczywistych zdarzeniach. Rozdział taki sobie, tylko dłuższy. Mam nadzieje, ze długość będzie w końcu odpowiadać. 
Dziękuję za wszystkie komentarze, i raczej pozostanę przy pisaniu w zeszycie bo bardziej mi to leży.