wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 19 "Zbyt bardzo"

Jak tu wygodnie… Obudziłam się już pół godziny temu, ale tak fajnie mi się tu leży. Nie spałam pół nocy… nie mogłam spać. Ciekawi mnie co u Tao, Sehuna i całej reszty. A teraz nie mogę nawet się spokojnie wylegiwać, bo YiFan „chce mi coś pokazać”.
                Podnoszę się z ociąganiem i niechętnie wychodzę spod bielutkiej pościeli. Niby taki idealny poranek, elegancki hotel, a ja wolałabym chyba być teraz w ciasnym łóżku w pokoiku przerobionym ze składzika, który nawet nie miał okien. Tak… to za czym najbardziej będę teraz tęsknić to zdecydowanie rodzina. W tym schowku było mimo wszystko bardzo  fajnie. Ciocia zadbała o to, aby ciekawie go urządzić. No i był to mój pierwszy własny kąt…
- Gotowa? – słyszę, że ktoś otwiera drzwi i wchodzi do środka. Po chwili widzę przede mną wyraźnie niewyspanego WuFana.
- Jak ty się tu dostałeś? – staram się nie krzyczeć, bo ludzie zapewne jeszcze śpią.
- Mówiłem, że mam znajomości w tym hotelu. A teraz idź się ubierać, bo na dziesiątą muszę być na miejscu. – deklaruje. Nie za bardzo wiem, co ma na myśli, ale nie protestuję więcej.
                Staram się nie myśleć o tym, że jestem tylko w piżamie, są teraz ważniejsze sprawy niż to. Zabieram jeansy oraz luźną flanelową koszulę i wychodzę do łazienki. To wszystko wygląda tak kolorowo i pięknie, ale wiem, że jeśli choć na chwilę przypomni mi ktoś, że nie jestem na wakacjach, będę płakać. Muszę zapomnieć. To okropne z mojej strony, ale nie chce ich pamiętać. Chcę żyć. Chcę być samolubna i myśleć tylko o sobie, ale ja tak nie potrafię…
- YiFan! – krzyczę, kiedy kończę myć zęby.
- Tak?!
- Powiedz mi dokąd idziemy!
- Na plan filmowy. – oznajmia jak gdyby nigdy nic.
                Zawsze marzył o karierze filmowej. Pamiętam nawet jak jakieś dwa – trzy miesiące temu SM odrzuciło propozycje reżysera i nie wyraziło zgody na jego występ. Teraz będzie mógł się w końcu rozwijać i nikt mu już w tym nie przeszkodzi, nikt. W końcu gotowa opuszczam pomieszczenie.
- Jestem gotowa. – oznajmiam i staram się ignorować łzy, które napływają mi do oczu przez moje przemyślenia.
- Amanda, co się dzieje? – czy on czyta mi w myślach?
- Nie, oczywiście, że nie. Chodźmy! – proszę, daj się przekonać…
- Przecież widzę. Mów co się dzieję? – czuję, że on nie znosi sprzeciwu…
- Luhan… i Tao, mają niedługo pierwsze zdjęcia do tych nowych filmów…  miałam się dziś z nimi spotkać… pogratulować im. – pękłam. Nie potrafię tak dłużej.
                Płacz roznosi się echem po pokoju. Klękam na ciemnym dywanie. Dopiero co pełna energii zamierzałam cieszyć się pobytem tutaj. Zamierzałam choć na chwilę zapomnieć o tym, ze komuś życie wywróciło się do góry nogami przeze mnie i Fana… Chyba zbyt bardzo się do nich przywiązałam… zbyt bardzo ich kocham… Czuję się taka bezradna, kiedy tak klęczę, jakby cały świat miał nade mną kontrolę. Jakbym była tylko pionkiem w grze. Simem na ekranie.
- Będzie dobrze, ej… obiecuję. – nie przytula mnie, nawet nie podchodzi bliżej, ale sama jego obecność jest uspokajająca.
- WuFan? – pytam nie będąc pewna czy to dobry pomysł.
- Tak?
- Będziesz przy mnie? – spoglądam na niego i po chwili robię się cała czerwona, ta sytuacja była tak mało naturalna. Trochę jak z anime.
- Oczywiście, że tak. W końcu to moja wina.

~~~~~~*~~~~~~

                Właśnie obserwuję to, jak dobrym aktorem jest WuFan. Naprawdę świetnie mu idzie, a to dopiero początkowa faza nagrywania. On naprawdę ma do tego talent.
- Na dziś koniec! – rozlega się komunikat z głośników.
                Co prawda trochę mi się tu nudzi, ale ciszę się, że w ogóle o mnie pomyślał. Martwię się trochę o jego zdrowie, nie jest najlepiej. Dziś wieczorem znów ma jechać do kliniki na jakieś badania.
- Już jestem. – widzę jak chłopak przysiada się do mnie z lekkim uśmiechem na ustach. – Jak ci się podobała moja gra?
- Byłeś prawie tak dobry jak ja – odpowiadam, odwzajemniając uśmiech. – O której jedziesz do lekarza?
- Około piątej, a co?
- Idziemy teraz na takie ogromne hamburgery… i sałatkę dla ciebie! – może i zachowuje się dziecinnie, ale dieta chłopaków w Korei też mi się udzieliła podczas wspólnych obiadów.
- No dobrze… ale bierzemy na wynos i przejdziemy się po Pradze, dobrze? – pyta próbując znaleźć kompromis  pomiędzy jedzeniem i zwiedzaniem.
- Zwiedzanie i jedzenie jednocześnie? Jestem zdecydowanie na tak!
                Od razu udajemy się w poszukiwanie jakiegoś dobrego Fast Fooda. Chłopak próbuje zaciągnąć mnie do Macdonalda, ale kategorycznie odmawiam twierdząc, że do Maca może iść też w Chinach i gdziekolwiek na świecie.  W końcu znajdujemy przydrożną budkę z pysznym jedzeniem typowym dla Czech. Tak jak się wcześniej umawialiśmy, zabieramy swoja kanapkę i sałatkę i idziemy na miasto.
                Nigdy nie przypuszczałam, że Praga może być tak piękna. Tyle budynków, starych brukowanych ulic, kamienic sprzed stu, a może nawet więcej lat. Co prawda na historii słyszałam, jak to Czechy poddały się podczas wojny, ale myślałam że mimo to wojna jakoś oddziałała na ich kraj. Nie mogę napatrzeć się na to wszystko… jest tyle piękna, że nie wiadomo gdzie oczy podziać.
- Podoba ci się? – pyta piosenkarz, odgryzając kawałek sałaty.
- Jest cudownie! Dziękuję. – niemal krzyczę z podekscytowania, ciągle rozglądając się dookoła. – Anglia to nic w porównaniu do tego. I pomyśleć, że zawsze uważałam ten rejon europy za okropny.
                 Do hotelu wracamy dopiero późnym wieczorem, po wizycie WuFana. Może nie jesteśmy w świetnych humorach ale czuję się lepiej niż dziś rano. Kiedy chodziliśmy po mieście, zainteresowała mnie jedna rzecz. Telefon Fana. Nie wydaje mi się żeby zmieniał numer, bo mogę normalnie się do niego dodzwonić. A skoro ma ten sam numer, to czy kontaktował się z nimi?
                Poszedł już do swojego pokoju, więc nie będę już go niepokoić, ale muszę go jutro o to zapytać. Całkiem możliwe, ze rozmawiał z Tao. Martwię się o niego chyba najbardziej… jest taki wrażliwy…
                 Godzina 20:21, przecież nie pójdę spać o tej porze. Z drugiej strony, co mogę robić sama w hotelowym pokoju? Zaraz, zaraz już wiem! Przecież zabrałam swojego laptopa z mojego mieszkania…
                 Zabieram się za wypakowanie połowy rzeczy z mojej walizki. Upycham je gdzieś w szafie, a z dna wyciągam urządzenie. Podłączam od razu baterię, zdając sobie sprawę z kiepskiej kondycji baterii. Kiedy wszystko jest już podłączone i gotowe, loguję się na poszczególne strony i sprawdzam powiadomienia. Widzę mnóstwo nieodebranych wiadomości, ale nawet w nie klikam wiedząc, że byłoby to zbyt trudne. Jednego nie przemyślałam. Jestem dostępna. Nie jestem w stanie nawet wyłączyć strony, słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości. Nie patrz tam. Nie patrz. Błagam się w myślach, ale to na nic.  

Tao
„Przeczytałem twój list, rozumiem cię. Tęsknie, ale nie mam
ci tego za złe. Sehun wytłumaczył mi, co tobą kierowało.
Co prawda się do tego nie przyznajesz, ale od dawna to podejrzewałem.
Życzę wam jak najlepiej. Kris mi wytłumaczył.
Nie musisz odpisywać. Pamiętam. Tao.

Szybko wyłączam laptopa i gaszę światło. Przebrałam się wcześniej w piżamę, więc teraz tylko zakopuję się w pościeli. Dreszcze przechodzą całe moje ciało. Skutecznie jednak tamuję łzy, zaciskając powieki najmocniej jak tylko potrafię. Chcę usnąć. Bardzo chcę usnąć. Zapomnieć. Choć przez chwilę mieć czysty umysł. Móc być spokojna. Nie wiem czy się cieszę, że Tao mnie rozumie. Niby to dobrze, ale z drugiej strony coraz bardziej odczuwam, jaki on był dla mnie ważny. Takich przyjaciół nie znajduje się codziennie.

~~~~*~~~~~

                Co?
                Siedzę na jednej z ławek koło SM, obok widzę tego chłopaka w masce karnawałowej, co w ostatnim śnie, który zapamiętałam. Kręci mi się w głowie. Dookoła słyszę śmiech i płacz na raz. Nie wiem, czy to możliwe, ale mój mózg boli.
- Co się dzieje?! – krzyczę, a mój głos brzmi jakby wydobył się z pod wody. – Co?!
                 Z wysiłkiem znów otwieram oczy i widzę kilku – kilkunastu chłopaków, którzy zmierzają ku mnie. Im są bliżej, tym mój mózg jest spokojniejszy, ale też równocześnie bardziej się niepokoję. Nie potrafię tego opisać. Mimo to nie chce uciekać. W jednej chwili mocno zaciskam palce na ramieniu tajemniczego chłopaka. Kiedy ze strachem na niego spoglądam, już nie ma maski.

                Z krzykiem podnoszę się z łóżka, cała zalana potem. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Miało być po nowym roku, ale jest teraz bo baaardzo was kocham! Mam nadzieję, że dobrze spędziliście święta. Chciałam też przytomnieć, ze pisanie ostatnich rozdziałów nie szło mi najlepiej, i chciałabym prosić o wyrozumiałość. 
Szczęśliwego Nowego Roku!!! ♥
(rozdziały będą pojawiać się szybko jeśli będziecie dużo komentować :*)

niedziela, 12 października 2014

Rozdział 18 "Nie pojechałbyś na koniec świata?"

                Lotnisko. Walizki. Odprawa. Samolot. Łzy. Miałam nie płakać. Jak niby mam to spełnić?! Znów tracę najbliższych i to na własne życzenie.
                Stoję przed wejściem do samolotu i czuję jak stopy wrastają mi w podłogę, paraliż ogarnia całe mój ciało. Boże, Yuta nie denerwuj się.
-Spokojnie. Idź. – czuję jak ktoś łapie mnie w pasie i delikatnie popycha do przodu.
                Ciężkie jak stal nogi jakimś cudem odrywają się od podłogi. Ciągle czuję dotyk znajomych rąk, teraz na barkach. Chciałabym powiedzieć jak bardzo dziękuję mu za to, ze jest, ale jakoś nie mogę się odezwać. Boję się zaburzyć ciszę, która pomiędzy nami panuje. Serce, które zaczęło bić jak szalone w kawiarni wcale nie zwolniło, nawet teraz próbuję mi się wydostać z mojej piersi. Kiedy zajmujemy już miejsca cos sobie uświadamiam. Wyciągam z kieszeni wyłączony od dłuższego czasu telefon, odpinam klapkę, wyciągam baterię a potem to o co mi chodziło. Kartę. Przełamuję ja na pół i na świat wydostają się ostatnie łzy. Wszystko co mi przypomina o rodzinie i chłopcach zostawiłam w mieszkaniu, łącznie z dwunastoma szybko naskrobanymi listami. Jeden dla cioci i wujka oraz jedenaście dla chłopców. Możecie myśleć, że to niemożliwe, ale miałam dużo czasu, bo prawie nic ze sobą nie zabierałam.
-Już nie będę płakać. – oświadczam głosem tak zdecydowanym, że sama go u siebie nie poznaję.
- Nie będziesz obiecuję. – YiFan obejmuje mnie mocno w pasie i przyciąga do siebie. To dla niego. To wszystko jest dla niego. Pytanie tylko dlaczego ja się na to zgodziłam?

~~~*~~~

-Yuta! Yuta! – słyszę delikatnie i w miarę ciche słowa nad moim uchem. – Jesteśmy.
                Otwieram oczy i przeciągam się na wygodnym siedzeniu, niczym kot. Wszyscy już wstają z miejsc i przygotowują się do wyjścia. Już po chwili sama się za to zabieram. Kiedy tylko jestem gotowa opuszczamy samolot.
                Stojąc przed gmachem lotniska zastanawiam się nad tym po co i dlaczego ja tu przyjechałam…
- Boję się. – szepczę i nagle przelatuję mi przed oczami obraz Tao.
- Przecież jestem przy tobie.
- Zostawiłam ich. – niby nie krzyczę, ale słowa echem rozchodzą się po parkingu. – Zostawiłam. – dodaję ciszej.
- Przepraszam.
- Nie. – przytulam go najmocniej jak potrafię, miałam już nie płakać i nie płacze, nawet gdybym chciała, chyba brakło mi łez. To oklepany tekst, ale teraz mogę oficjalnie potwierdzić, ze prawdziwy.
- Nie wyspałam się dziś przez ciebie.
- Przepraszam za to…
- Nie, nie wyspałam się w samolocie… śniłeś mi się. – mój uśmiech w tym momencie nie jest nawet wymuszony.
- W takim razie nie przepraszam.  – śmieje się pierwszy raz od dłuższego czasu, co brzmi naprawdę pięknie.
- Idziemy? – pytam.
                Chłopak w odpowiedzi tylko idzie przed siebie, zupełnie jakby znał drogę. Podchodzimy do miejsca postoju taksówek. WuFan mówi po angielsku kilka słów do kierowcy i pakujemy się do samochodu.
                To szalone. Jestem tu, z nim Zostawiłam wszystko. Nawet nie mam jak skontaktować się z rodziną. Numerów nie pamiętam a wszystkie były na karcie. Ale to dobrze, to musi być wyraźny sygnał dla SM, jestem tu by go wspierać. Jestem tu też z innego powodu, z tego samego powodu Fan w ogóle mnie poprosi, żebym z nim jechała, ale na razie sama przed sobą nie chcę się do tego przyznać. Bo przecież ja nigdy nic do niego nie miałam. Kolega z pracy to wszystko. To wszystko…
-Jesteśmy. – oznajmia poważnie YiFan.
- W dwie godziny można zmienić świat. – szepczę pod nosem przypominając sobie jak ostatniego wieczora w Korei wychodziłam na spotkanie…
- Zmieniłem twój świat?
- A nie? Właśnie jestem w Europie, w Pradze a jeszcze kilka godzin temu przygotowywałam się do lekcji w tym więzieniu, które wszyscy nazywają wytwórnią. Nie wiem jeszcze czy mam ci dziękować, czy znienawidzić do końca życia ale jednego jestem pewna. Zmieniłeś moje życie. To śmieszne, znam cię pół roku, jakoś nie specjalnie często ze sobą rozmawiamy, ale pojechałam z tobą do Europy żeby pomóc ci uciec od gwarantowanego uszczerbku na zdrowiu, które mogłoby ci zagwarantować SM. Gdyby ktokolwiek mi o tym opowiedział, wyśmiałabym go.  Dziwne, ale czuję, ze powinnam tu być, z tobą…
- Dziękuję. – słyszę wyraźnie wdzięczność w jego głosie. Mam pewność, ze nie mówi tego z grzeczności.
                W końcu wysiadamy przed hotelem Art Nouveau, jednym z najsławniejszych i najbardziej luksusowych hoteli w Pradze. Postanawiam tego nie komentować. To jego pieniądze i może z nimi robić co tylko zechce. Zabieramy ze sobą walizki, które już przy drzwiach ktoś od nas odbiera. Wszystko jest gotowe wiec od razu udajemy się do pokoi.

~~~*~~~

- Pewnie zastanawiasz się jakim cudem stać mnie w tej sytuacji na taki hotel? – pyta kiedy jemy wspólnie kolację  hotelowej restauracji.
- C-co?! Nie! To znaczy pomyślałam o tym, ale to twoje wydatki.- oznajmiam.
- To hotel mojego znajomego, a dokładniej jego ojca, zaproponował, ze możemy się tu zatrzymać.
- Dobra, przyznaję odetchnęłam z ulgą. – próbuję się uśmiechnąć ale zamiast tego wychodzi mi jakiś grymas. – WuFan…
- Tak?
- Pokażemy im, że damy sobie bez nic radę?
                W odpowiedzi chłopak łapie mnie za rękę i splata nasze dłonie razem. RAZEM. Razem możemy wszystko. Musimy tylko nie poddawać się i wspierać nawzajem. Boże błagam Cię nich chłopcy też dadzą radę, niech o nas pamiętają i nie czują się zdradzeni.
                Najdziwniejsze e tej całej sytuacji jest to, że nie żałuję, ze tu jestem. Z nim…  Coś czuję tylko jeszcze nie jestem do końca pewna co…

~~~*~~~

*SEHUN POV*

- Tao! Wyjdź proszę w końcu z tego pokoju i powiedz nam co się stało! – krzyczę tak już od pól godziny, ale odpowiada mi tylko odgłos cichego szlochania i ciała turlającego się po łóżku. – Tao… Martwię się, mogę wejść? – naciskam na klamkę, która o dziwo łatwo ustępuje.
                Przez chwilę nic nie widzę, dopiero po chwili moje oczy przyzwyczajają się do ciemności. Od razu spoglądam na łóżko. Tak jak się spodziewałem leży na nim zwinięta w kłębek postać. Podchodzę i nagle zamieram widząc na szafce nocnej kopertę „dla Sehuna”. Podnoszę ją bardzo powoli jak gdyby zaraz miała mnie poparzyć albo wybuchnąć. Otwieram ją w końcu zbierając się na odwagę. Przy okazji czując też, że Tao mi się przygląda. Wyciągam ze środka kawałek papieru. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to niechlujne pismo Amandy Ale skąd w… zaraz. Szybko zaczynam czytać i nagle wszystko jaśnieje. Już rozumiem. Już…

Sehun

            Tobie postaram się to opisać nieco dokładniej jednak mam prośbę. Nie pokazuj tego nikomu.
            Wyjechałam wraz z YiFanem do Pragi. Tak wiem jak to brzmi. Naprawdę kocham was wszystkich ale czułam, że muszę mu pomóc. Jeszcze nie wiem jak to nazwać ale chyba rozumiesz co mną kierowało. Stan zdrowia WuFana nie pozwala na dalsze bycie w zespole, a wiesz dobrze jakie jest SM dla chińczyków. Chyba… chyba nie zobaczymy się zbyt prędko. Jestem ci za wszystko bardzo wdzięczna, dziękuję za to, ze byłeś dla mnie przyjacielem. Proszę też żebyś nie oceniał nas zbyt pochopnie. Bo czy ty za Luhanem nie pojechałbyś na koniec świata?
Amanda

                Ja nie… nie płacze. Nigdy. Ale Amanda… Yuta… Nie jestem na nią zły, rozumiem ją. Sama nie chce się do tego przyznać, ale ona kocha WuYiFana, poszłaby za nim w ogień. Mimo wszystko jest mi jakoś dziwnie…  Oni odeszli.
- Sehun… - słyszę chrapliwy głos tuż obok, to Tao.
                Przytulam go mocno, czuję jak dreszcze wstrząsają jego ciałem. Ja nie płaczę, nie potrafię. To nawet nie jest tak, ze nie chce ja po prostu…
- Pójdę do chłopaków. – oznajmiam, zabieram listy i wychodzę z pokoju.

                To będą ciężkie dni…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

1. Zbliżamy się do końca więc piszcie: SZCZĘŚLIWE vs. SMUTNE zakończenie?
2. Jak czytasz to komentuj!
3. Mam prośbę do anonimów, podpisujcie sie a będę wiedzieć kto mnie odwiedza.
4. Dziękuje za wszystko, kocham was ♥

niedziela, 14 września 2014

Rozdział 17 "Po prostu nie mogę"

                 Musze się czymś zająć… muszę… Nudzi mi się… Już nawet Internet mi się nudzi… Czekaj, czekaj. Internet może się nudzić? Czy raczej znudzić? Dobra nie ważne. Mam jeszcze dwie godziny i zupełnie nie wiem co ze sobą zrobić, przygotowałam nawet materiały na jutro, czego przez moje lenistwo nie miałam zamiaru robić. Dwie godziny… w dwie godziny można zmienić świat…
                 Zabieram się za poszukiwanie telefonu, który jak zawsze gdzieś rzuciłam. Znajduję go pod poduszką na kanapie, to i tak lepiej niż gdybym znalazła go w lodówce…  Wybieram numer i już po chwili z głośnika dobiega sygnał wybierania.
- Halo?
- Dzień Dobry ciociu! – wołam do słuchawki – Nie chciałabyś wyjść na spacer? Mieszkam tu pół roku a nadal nic nie wiem o tym mieście.
- Chętnie, tylko z kim zostawię Mimori?
- Przecież masz wózek, Mimi może wybrać się z nami. – staram się ja przekonać.
-No dobrze, spotkajmy się w parku, tym niedaleko SM. – oświadcza wyraźnie ucieszona, że w końcu gdzieś wyjdzie.
                Perspektywa posiadania dziecka jest piękna i bez skazy dopóki się go naprawdę nie ma. Co prawda macierzyństwo jest piękne, ale na przykładzie cioci mogę stwierdzić, ze ma też swoje minusy, które wymagają poświęceń. Na przykład to, że ciocia odkąd urodziła mała, praktycznie nie wychodzi z domu. Mimo wszystko kiedy na nich patrzę widzę, że warto…
                Ubrana i gotowa, nie tylko na spacer z ciocią ale też na spotkanie z YiFanem wychodzę z mieszkania. Zamykam drzwi na klucz i odchodzę. Park jest tylko dziesięć minut drogi pieszo, wiec nie spiesząc się idę powoli oblaną pomarańczowym, zachodzącym słońcem ulicą. Dalej mam to przerażające uczucie, że niedługo to wszystko stracę. Martwi mnie też to, ze WuFan chciał porozmawiać, ostatnio dziwnie się zachowuje. Jest taki cichy i przybity, to tego odsuwa się do wszystkich jakby się… żegnał? Przeraża mnie to, zresztą nie tylko mnie. Tao też nie jest przez to w dobrym nastroju, chociaż dobrze to ukrywa, w końcu to jego najlepszy przyjaciel.
                Po piętnastu minutach jestem na miejscu. Ciocia już na mnie czeka, spacerując z małą alejkami blisko wejścia.
- Cześć. – mówimy równocześnie i przytulamy się na powitanie.
- Co cie tak naszło na spacer o tej porze? – mówi od razu na wstępie.
- Mam się spotkać z YiFanem o dwudziestej drugiej, a teraz tak bardzo mi się nudziło…  a sama nie chciałam nigdzie iść, bo zupełnie nie znam tego miasta.  – oznajmiam – Mam nadzieję, że to nie był dla ciebie problem.
- Dla mnie nie, tylko Mi niedługo będzie zasypiać. – szepcze prawdopodobnie z przyzwyczajenia.
- Chyba może spać na Świerzym powietrzu? Dziś jest dość ciepło. A no i wiesz, ze nie powinno się być zbyt cicho przy dziecku, bo potem tylko się ruszysz, a już się budzi. – mówię doświadczonym głosem, prawie jak matka kilkorga dzieci.
- A ty skąd niby wiesz takie rzeczy? – pyta jakby nie do końca przekonana tym co powiedziałam.
- Myślisz, ze dziećmi w bidulu opiekowali się pracownicy? Nauczyłam się tego wszystkiego trochę na przymus. Do dziś mam nadzieje, że nic im przez przypadek nie zrobiła, w końcu również byłam dzieckiem. – kończę opowiadać, bo nie lubię wracać do tych dni, a także nocy, wtedy czułam się jakbym była pod stałą kontrolą i obserwacją… Trochę jak… EXO w SM?
- Rozumiem, ze chętnie zostaniesz z Mimori , kiedy będę chciała mieć czas tylko dla siebie? – śmieje się w głos, nawet nie zauważyłam kiedy wyszłyśmy z parku i zaczęłyśmy iść nieznaną mi ulicą.
- Ta jasne już lecę. Tak właściwie to gdzie jesteśmy? – pytam rozglądając się dookoła.
- W miejscu gdzie zjesz najlepsze Fast foody i lody w Pekinie. Jest tutaj mnóstwo ulic z jedzeniem ale tylko tutaj znajdziesz tak wiele swoich amerykańskich świństw, które kochasz.
- Wow. To tylko trzy przecznice od mojego mieszkania. – oznajmiam zdumiona. – Która godzina? – zbliża się trudne spotkanie.
- Jest już w pół do dziewiątej. Musimy wracać, zaraz będzie się ściemniać. – oświadcza.
- Szkoda, ostatnio coraz mniej się widujemy. – żegnam się i odchodzi.
                Wyciągam telefon z torebki i szukam w kontaktach numeru telefonu do lidera. Czego jak czego, ale chińskich Samsungów dalej nie ogarniam. Kiedy w końcu go znajduję, szybko naciskam na numer aby się z nim połączyć.  Trzy sygnały, za czwartym odbiera, jak zawsze…
- Halo? – gdybym go nie znała to pomyślałabym, ze dodzwoniłam się do seryjnego mordercy.
- Kocham te twoje miłe powitania. – mówię z wyraźnym sarkazmem.
- Tak wiem, jestem już przed biurem, gdzie się spotkamy? – pyta jak gdyby nigdy nic.
- Może gdzieś na ulicy, która wychodzi z tylnego wyjścia z parku, wiesz gdzie to, nazwa mi wyleciała.
-Zaraz tam będę. – ucina.
                Ja mam naprawdę wyjątkowo dobrą pamięć, tylko, ze tez wyjątkowo krótką. Opłacalna przy kartkówkach gorzej z testami. W życiu codziennym tylko czasem przeszkadza.
Już po piętnastu minutach (które dłużyły mi się w nieskończoność) Fan jest na miejscu.
 - Cześć! – dobra wiem, ze Koreańczycy tego nie lubią i w ogóle, ale po prostu musiałam przytulić go na powitanie.
- Hej. – o mało nie mdleje kiedy chłopak odwzajemnia mój uścisk.
-Eee… okej… to... może… ten.. tam! – jąkam się wskazując na jedną z knajpek.
- Wszystko Okey? Zachowujesz się jakoś dziwnie… - obejmuj mnie ramieniem.
                Dopiero teraz zauważam ze jest ubrany w zwykłe dżinsy, czarną bluzę, adidasy i najzwyklejszy ful cap. To nie podobne do tej modnisi. Wchodzimy do przytulnego pomieszczenia o pastelowych barwach, zdecydowanie jednak przewarza tutaj biel. Siadamy przy stoliku i zamawiamy po kawie.
- Opowiem ci wszystko, tylko proszę, nie przerywaj mi. Zemdlałem ostatnio na treningu, to niby nic strasznego przy takim tempie pracy, ale mimo wszystko wysłali mnie na badania kontrolne. Okazało się, ze coś nie tak jest z moim sercem, po prostu nie daje sobie rady, z tym jak muszę żyć. – przerywa na chwilę, która jest nie do zniesienia. – nie mogę być dłużej w zespole Yuta. Po prostu nie mogę. Nie poradzę sobie z tym. Mój organizm jest na wyczerpaniu. Jeśli tutaj zostanę wyniosą mnie sztywnego z któregoś z koncertów i jeszcze nieźle na tym zarobią. To przykre, ale takie właśnie są realia. – cisza.
                W mojej głowie aż huczy od nadmiaru różnych myśli, po co on mi o tym wszystkim mówi? I przede wszystkim, co planuje? Boję się, a teraz już wiem czego. Wiem kogo stracę, kogo mogę stracić… Co teraz? Wiem, że powinnam coś powiedzieć, coś zrobić, pytanie tylko co…
- Dlaczego? – pytam mimowolnie.
- Bo chce żebyś ze mną wyjechała.
                Słucham?! Matko śniło mi się, czy mam omamy? Czemu mi to robisz WuYiFan? Kocham was wszystkich i nie potrafię wybrać. Ciocia. Wujek. Czuję i widzę, jak w podświadomości ucieka mi połowa mojego życia. Ucieka powoli wręcz niezauważalnym tchnieniem.
- Gdzie?
- Do Pragi, mam tam znajomą, adwokata też już załatwiłem.
                Kolejne wspomnienia spływają po mnie ciurkiem, co teraz? Praga jest daleko stąd, w europie! Chłopcy sobie nie poradzą kiedy zostawi ich dwójka… przyjaciół? Tao, przecież Kris, to znaczy YiFan to jego najlepszy przyjaciel. Jedyna osoba, która słucha jego dziecinnego marudzenia. Myślę, że nie bez powodu WuFan tyle się męczył, jego powód to ta słodka panda o twarzy zabójcy…
- Tao?
- Zostawiłem mu wiadomość. Będzie bolało, ale to jedyny sposób.
                Spotkanie, pierwsze spotkanie z chłopcami jako ostatnie, jak zimny prysznic. Musze podjąć decyzję. Decyzję, która może okazać się najważniejszą w moim życiu. Normalnie zapytałabym kogoś o pomoc, ale teraz… teraz nie mogę. Nie wiem, nic już nie wiem. Zgubiłam się. Za kim mam pójść, komu mam pomóc?
 -Kiedy?
- Dziś.
- Bądź u mnie za godzinę.
                Tak właściwie nie czuję łez, które leją się po moich policzkach strumieniami.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przepraszam, że tak długo to schodzi, ale początek roku szkolnego zabija mnie ilością obowiązków. Są tez mistrzostwa Świata w siatkówce, i to też zabiera mi trochę czasu. Dziękuję i Przepraszam za wszsytko ♥


niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział 16 "Jestem jej siostrą bliźniaczką"

                Po kolejnym filmiku z Seri TaoHun, Tao w końcu nie wytrzymał (wcale mu się zresztą nie dziwię).
- Jezu wyłącz to! Gdyby Luhan zobaczył te wszystkie momenty razem, chybaby mnie zabił! – krzyczał w niebogłosy wymachując rękami. – Już przy jednej takiej scenie wygląda jakby chciał mi oczy wydrapać.
- Spokojnie, spokojnie… - staram się mówić wyraźnie, ale uniemożliwia mi to jednak mój własny śmiech.
- Dla ciebie to nic, a ja mogę stracić życie, przez tego niewyżytego maknae.
Już mam mu tłumaczyć, ze przesadza, jednak nagle słyszę hałas dobiegający z góry. Na szczęście w porę przypominam sobie o obecności YiFana na górze. Chwilę potem wspomniany wcześniej zjawia się w kuchni, jakby zaspany i nie do życia.
- Tao musimy już iść, zaraz się spóźnimy. – wypowiada te słowa tak chicho i delikatnie, że zastanawiam się czy to ta sama osoba, którą od pół roku poznaje.
- WuYiFan? – specjalnie użyłam jego pełnego imienia. – Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej… - te słowa praktycznie bez mojej wiedzy wydostają się ze mnie.
- Co?! – wygląda na zdziwionego, albo wręcz przestraszonego moimi słowami. – Wszystko w pożarku nie musisz się martwić. – wygląda prawie tak jakby recytował wierszyk na jednej ze szkolnych akademii, tylko ubrany jest w dresy i luźną koszulkę, co mi specjalnie nie przeszkadza.
- się, Jeśli chcesz żeby ludzie ci wierzyli musisz się bardziej postarać. – mruczę pod nosem.
- Ale ja nie chce żeby mi wierzyli. – odpowiada w ten sam sposób.
                Chwila ciszy potem szybkie pożegnanie, bo przecież zaraz się spóźnią. Tuż przed wyjściem ściskam jeszcze tylko każdego z nich i wychodzą.
                Czyżby YiFan był chory? Ostatnio tak dziwnie się zachowuje i niemalże w każdej wolnej chwili zasypia, no dobra to zasypianie zawsze miało miejsce. Coś się jednak zmieniło… Jeszcze nie wiem co, ale to kwestia czasu zanim wszyscy to zauważą. Człowiek, bowiem myśli, że wszystko dobrze się układa, nie zdając sobie sprawy z tego, ze zaraz coś runie. Zniszczy ludzi dookoła, nawet tych najsilniejszych.
                Zmęczona opadam na kanapę w salonie i zwijam się w kłębek, naprawdę bardzo boję się przyszłości. Boję się, że kogoś stracę, albo, ze będę musiała pomiędzy kimś wybierać. Życie już mnie na to przygotowało. Tyle razy wszystko mi odbierało…
                Jest już późno a dzisiejszy dzień był pełen różnych niekoniecznie miłych emocji. Usypiam powoli myśląc przed snem o tym, co będzie kiedyś. Kiedy w końcu morfeusz porywa mnie w swe objęcia, nie śni mi się to, co tak dobrze już znam.
                Jestem w jakiejś nieprzyjemnej białej Sali, ktoś, jakiś chłopak leży na gołym, metalowym stole centralnie przede mną, przykryty jest jakimś białym prześcieradłem.. Twarz ma zasłoniętą maską karnawałową, która zupełnie nie pasuje do całej reszty. Jakaś nieznana mi siła popycha mnie, aby ją zdjąć. Wyciągam, więc ręce w stronę tajemniczego osobnika, drżąc cała chwytam z maskę i nagle się budzę cała zalana potem, słysząc czyjś krzyk.
                Jestem już w salonie, tylko, kto tak strasznie krzyczał? Coś się komuś stało? Kilka minut zajmuje mi zrozumienie, że właścicielem tego głosu byłam ja.
- Co to było? – pytam sama siebie.
                Z rezygnacją i przekonaniem, ze już nie zasnę sprawdzam godzinę, trzecia nad ranem… nie tak źle. Już całkowicie rozbudzona, z bolącym kręgosłupem wlokę się do własnej sypialni. Mogę przygotować coś na angielski skoro i tak nie śpię, jednak nagle ogrania mnie znużenie. Łóżko nie jest pościelone, więc po prostu rzucam się na nie i przykrywam kołdrą, wtem do moich nozdrzy dostaje się przyjemny zapach, zapach męskich perfum.
                Już p chwili morfeusz po raz drugi porywa mnie w swoje objęcia. Nie śni mi się, żaden koszmar, czuję się wręcz… błogo? Przytulam mocno kołdrę, którą jestem przykryta i odpływam już na dobre.

~~******~~
                Budzik. Dlaczego tak nagle ten dźwięk mnie nie denerwuje? Przeciągam się po całym łóżku i niechcący plącze się w śnieżno białej pościeli z jasnoniebieskimi wstawkami. Leżę tak przez chwilę i nagle czuję jak coś ociera się o moją łydkę. Jak porażona prądem wyskakuje z łóżka, co (przez zaplątanie w materiale) skutkuje bolesnym upadkiem. Zdenerwowana patrzę na łóżko i widzę, Neko, wesoło machająca ogonem.
- Czemu mi to robisz? – Pytam cicho podnosząc się z ziemi.
                Od razu nie patrząc nawet na zegarek, zabieram pierwsze lepsze jeansy i luźny sweter. Jest chłodny i deszczowy dzień, a wczoraj było jeszcze tak gorąco. Szybko wykonuję poranną toaletę przebieram się z piżamy oraz robię delikatny makijaż. Włosy ze względu na ich długość układam tylko za pomocą grzebienia. Gotowa wychodzę z łazienki i od razu kieruję się do kuchni, tam zastaję czekającą przy lodówce kotkę.
- Jesteś bardzo rozpieszczona Neko. – uśmiecham się wyciągając z lodówki mleko bananowe. – Jeśli będziesz piła tylko to, umrzesz na cukrzyce.
                Jej mina wygląda jakby mówiła do mnie: „Jesteś bardzo delikatna Yuta.” Gdyby smakowało jej coś prócz tego mleka nie trułabym jej cukrem. Stawiam spodek tam gdzie ma swoje miejsce, czyli w kacie obok lodówki. Mogę już wychodzić zarzucam na siebie wiatrówkę zabieram torebkę i wychodzę. Pogoda nie jest ładna i lekko boli mnie głowa, ale i tak decyduje się na spacer.

~~******~~
- Amanda! Amanda! – Widzę jak ktoś macha mi ręką przed twarzą. Tao. – Wszystko w porządku Amanda?
- Ile razy jeszcze powiesz to imię? – Syczę przez zęby. Naprawdę go nie lubię.
- Tyle ile będę musiał. Już ci przeszło?
- Co? O czym ty mówisz? I co ja tu robię przecież… - dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że leże na kanapie w hallu, budynku SM.
- Oj Ami… naprawdę nie pamiętasz? Zemdlałaś na chodniku, dobrze, że sekretarka cię zauważyła. – słyszę ty razem z ust WuFana, który podsuwa mi jakiś parujący kubek. – Masz. To gorąca czekolada, powinna pomóc.
                Na usta ciśnie mi się, ze nie zaatakowali mnie dementorzy tylko zemdlałam, ale powstrzymałam się ze względu na ich życzliwość. Łykam powoli gorący napój i dokładnie czuję jak rozlewa się po moim organizmie.
- Dziękuję. Czuję się już dobrze. – tym razem mój głos nie brzmi tak jakbym, chciała ich zaraz powiesić. – Jest późno?
- Nie jest dopiero ósma masz jeszcze pół godziny. – oświadcza poważnie SuHo. Kto tu jeszcze przyjedzie? – My musimy iść na trening, trzymaj się.
                Odchodzi. Jak to zemdlałam? Mam nadzieję, że nie przed samym budynkiem, bo tam zawsze jest dużo ludzi. Niby zemdleć to ludzka rzecz, ale wolałabym nie być czymś, o czym się rozmawia.
                Chwytając się za głowę powoli wstaję z kanapy.  Lekko chwiejnym krokiem udaję się do damskiej toalety napotykając dziwne spojrzenia ludzi. To, że idę trochę niestabilnie nie oznacza, ze coś piłam. Stoję przed lustrem i płucze twarz lodowata wodą, która od razu przywraca mnie do świata żywych. Bo prawda jest taka, że brakuje mi już tylko tego, żeby usnąć na lekcji. Wychodzę z pomieszczenia i już prawie całkowicie rozbudzona udaję się do małej salki konferencyjnej, w której za kilkadziesiąt minut mam odbyć swój debiut w roli nauczycielki. Niestety zaczynam się coraz bardziej denerwować.
                Kiedy jestem już na miejscu rozkładam przygotowane wcześniej materiały i zabieram się do jakiś przygotowań tak wiem to trochę późno, ale ja nie radzę sobie z wypełnianiem obowiązków na czas. Mam już wszystko gotowe kiedy w Sali rozlegają się głosy.
- Yuta?! – słyszę głos zdziwionego Xiumina, no tak z tego wszystkiego zapomniałam im powiedzieć, kurcze…
- Nie. Jestem jej siostrą bliźniaczką. – naprawdę lubię to robić ludziom.
- Wow! Amanda ma siostrę bliźniaczkę i nic nam nie powiedziała?! –głośno ekscytuje się Tao.
- Serio mówisz? Serio?! – pyta zrezygnowany Kris, tłumacząc sytuacje pandzie.
                Wydaję mi się, że praca z nimi będzie o wiele trudniejsza niż z nieznanymi mi ludźmi.
Czy mogę się jeszcze wypisać?! Proszę!

~~******~~
- O dziwo jakoś dotrwaliśmy do końca, więc na jutro macie przygotować pierwsze 15 zdań, podobne będą też jutro. – kończę. Oddycham z ulgą na myśl o tym jako mogłaby wyglądać ta lekcja gdyby zamiast EXO w ławkach siedzieli moi koledzy z gimnazjum.
- Yuta. Mam pytanie. – niewiadomo skąd pojawia się obok mnie YiFan.
- O co chodzi? – mówię pozbywając się tego nauczycielskiego tonu.
- Masz dzisiaj czas tak około dwudziestej drugiej ? – zadaje to pytanie tak jakby wcale nie pytał o to czy spotkam się z nim w nocy. – Przepraszam, za późną porę, ale nie bardzo mam czas.
- Tak wiem… - przyznaje – Pewnie, że mam czas, ale czy coś się stało? – wiedziałam, tylko dlaczego tak wcześnie, coś się będzie musiało zepsuć.
- Po prostu chce z tobą porozmawiać, nie denerwuj się. – kiedy kończy to mówić przytula mnie i wychodzi.

                Czy on mnie właśnie przytulił?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Na dole macie wszystko napisane przepraszam za tak długą przerwę ♥

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 15 "Kot"

                Chyba zwariowałam, przysięgam. Siedzę właśnie w pokoju Tao i Krisa i mam zamiar porozmawiać w końcu z tym pierwszym. TYLKO CO JA MAM MU POWIEDZIEĆ?
- No więc? O czym chciałaś ze mną rozmawiać Yuta?- pyta wyraźnie zaniepokojony.
- Eh… Nie mam pojęcia co powiedzieć. – zaczynam – Chodzi o to, że… Pamiętasz,kiedy nad jeziorem mówiłam ci, że nie szukam chłopaka?
- No tak, pamiętam, ale o co dokładnie chodzi?
- Bo ja… ja nie chcę żebyś robił sobie zbędne nadzieje, boję się, że cie zranię. – wypluwam słowo po słowie tak szybko, że nie jestem pewna czy chłopak zrozumiał.
 - Ami, nie musisz się o mnie martwić. Nawet gdybym się w tobie zakochał, to szanuje twoją decyzję. Nie martw się już o mnie, dobrze?
- Dobrze, przepraszam. – przytulam go mocno chcąc ukryć się niczym mała dziewczynka w jego szerokich, silnych ramionach.
- Musze już iść –przemawiam w końcu – Obiecałam szefowi, ze przyjdę dziś porozmawiać.
- Powodzenia, cześć.
                Wychodzę z pomieszczenia czując jak ogromny głaz opuszcza mój organizm i pozwala normalnie oddychać. Choć normalnie to pojęcie względne zwarzywszy na to, ze zaraz mam rozmowę z CEO agencji. Wiem, że  nie jestem tu już potrzebna. Luhan może już sam ćwiczyć, nie ma więc potrzeby aby opłacać nauczyciela. Pytanie tylko co ja teraz zrobię… Nie będę mieć pracy, pieniędzy, a kontakt z chłopakami zostanie ograniczony do minimum. Przyznaję się. Strach rozsadza mi żołądek, który boli od nadmiaru  stresu.
                Po piętnastu minutach marszu docieram do dobrze poznanego już budynku. Pcham drzwi, a one lekko poddają się mojej ręce. Trzęsę się też nieco, bo wiem, że mogę się spodziewać najgorszego.
                Szybko pokonuje drzwi, korytarze, schody. Chcę mieć to za sobą możliwe jak najszybciej. Pytam sekretarki czy szef jest teraz w biurze, okazuje się, że już na mnie czeka. To dobrze.Pójdzie szybciej niż gdybym miała teraz czekać, aż skończy bardzo „ważne” spotkanie. Pukam do ciężkich drewnianych drzwi, które zupełnie nie pasują do wystroju, zapewne po raz ostatni.
- Proszę. – głos mrożący krew w żyłach dobiega do mnie ze środka.
Wchodzę do wielkiego i przepełnionego przepychem biura, prawie dusząc się od zapachu wody kolońskiej, papierosów i starości.
- Dzień Dobry. Prosił mnie pan o spotkanie. – oznajmiam poważnie. Ten człowiek może i udaje milutkiego i dobrodusznego, ale nie wydaje mi się aby to było jego prawdziwe oblicze.
- Posłuchaj Amando. Świetnie spisywałaś się na swoim stanowisku, jednak teraz nie potrzebujemy dodatkowego nauczyciela gry. Luhan poznał podstawy i teraz sam będzie sobie radził. Sehun podobnie. Kage jak na razie się z nami pożegnała, jednak pomyślałem, że… Niedawno odszedł ode mnie jeden z pracowników, który uczył angielskiego nie tylko EXO, ale też innych zespołów. Nie był to oczywiście sam język, ale tez poprawna wymowa i akcent. Myślę więc, że mogłabyś przejąć po nim obowiązki – oświadcza tak pewnie, że mam wrażenie, iż on już podjął decyzję i nie znosi sprzeciwu.
- Czy na pewno to jest posada dla mnie? – pytam pierwszy raz przy nim tak nieśmiało.
- Masz bardzo dobą znajomość koreańskiego, chińskiego, francuskiego, angielskiego i włoskiego nazwałabym cię wręcz poliglotką. Zaczynasz od jutra. – po raz kolejny czuję, że nie powinnam się sprzeciwiać jego słowom.
-Tak jest. – prawie salutuje i wychodzę.
                Cieszyć się czy smucić? Jeszcze przynajmniej rok ( bo na tyle mam podpisać umowę) w tym piekle, bo nie wiem czy zdołam to wytrzymać, jednak chyba jestem w stanie poświęcić się dla dobra ogółu. Jakby nie było czuję się tu jedyną osobą wrażliwą na ludzkie zmęczenie.
                                Wychodzi na to, że dziś jeden z tych dni, których nie lubię nawet bardziej niż zmęczenia, mianowicie: DZIEŃ WOLNY. Jedyne osoby jakie tutaj poznałam albo harują od rana do nocy, ale są super gwiazdami i nie mogą niegdzie ze mną wyjść.
                Podchodzę więc tylko jeszcze do recepcji pożegnać się ze znajomą sekretarką i zapisuję się w papierach. Następnie wychodzę z budynku i łapię taksówkę, co prawda jest ładna pogoda, lecz tak gorąca, że nie dam rady przejść aż tyle. Już po chwili pakuję się do samochodu. W pojeździe jest jeszcze gorzej niż na zewnątrz, ale i tak lepsze to niż smażenie się idąc po chodniku. W końcu po kilku minutach męki podjeżdżamy pod budynek. Wychodzę z auta, płace kierowcy i udaję się do środka, gdzie jest tylko troszkę chłodniej. Winda jak zwykle jest zepsuta więc muszę wspinać się na piąte piętro schodami. Wszystko dobrze, robiłam to już wiele razy, ale nie w 30o C. Zaraz się ugotuję, przysięgam.
                Stojąc przed drzwiami do mieszkania, przypominam sobie ten cudowny, wczorajszy dzień. Przekręcam klucz w zamku i uchylam drzwi z lekkim skrzypieniem. Kiedy znajduję się już w środku, a drzwi są już dawno zamknięte, czuję, że coś łasi mi się do nóg.
- Neko! Zupełnie o tobie zapomniałam kotku! – szczebioczę prawie jak do dziecka na widok czterokolorowego kotka. – pewnie jesteś głodna co?
                Zabieram moją niunię na ręce i zanoszę do kuchni, delikatnie stawiając na czarno-białych płytkach. Następnie otwieram lodówkę i wyciągam z niej jedyne mleko jakie posiadam- o smaku bananowym. Mam nadzieje, że jej posmakuje.
- Lubisz mleko bananowe koteczku? – pytam podając jej wcześniej wspomniany płyn na spodeczku.
                Zasiadam za wysokim blatem włączając laptopa i sprawdzając moje konta na portalach społecznościowych. Jak niemal zawsze nie dzieje się tam nic ciekawego. Odpisuję tylko kilku znajomym z Anglii i mogę wyłączyć sprzęt.
- Idziemy pooglądać telewizor? – pytam jakby Neko mogła mi odpowiedzieć.
                Leżąc już na kanapie z Neko łaszącą się do mojego brzucha, oglądam jakiś program plotkarski o gwiazdach. Nie wiem do końca dlaczego, ale zawsze lubiłam tego typu programy i show. Co prawda denerwuje mnie to, że ciągle na temat ludzi znanych wymyśla się plotki wyssane z palca, ale cóż…
Już zaczynam się wkręcać w jedną z „dramatycznych historii”, kiedy rozlega się dzwonek do drzwi. Prawie podskakuje na łóżku z zaskoczenia.
- Neko, zapraszałaś kogoś? – szepczę do kotka zdejmując go sobie z brzucha i udając się do drzwi.
                Nie spiesząc się, podchodzę do wizjera i spoglądam na korytarz. A oni co znowu? Szybko przekręcam wszystkie zamki i otwieram drzwi, które tak na magnesie musze naoliwić, bo strasznie skrzypią.
- Cześć Ami! – witają się wchodząc do przedpokoju i nawet nie czekając na zaproszenie.
- Cześć Tao, cześć Kris! – radość w moim głosie jest tak stłumiona zaskoczeniem, ze brzmię co najmniej dziwnie. – Co wy tu robicie?
- Mamy chwilę wolnego i postanowiliśmy cie odwiedzić. – ćwierka radośnie maknae, prawie podskakując.
-Idę się przepasać. – oznajmia Kris, kierując się w stronę mojej sypialni.
- C-co? – jęczę jak skazana.
- Neko! Ale ty jesteś kochana. – krzyczy wesoło czarnowłosy, jednak kotka tylko odwraca się do niego tyłem i idzie do kuchni. – Powinnaś jej wyjaśnić, że nie dostanie jedzenia za każdym razem, kiedy uda się do kuchni.
- Ona to wiem, dba o linię. – śmieję się cicho. – Tak włsciwie co się dziej z YiFanem?
- Wybacz mu, to bardzo męczący czas, a on jest na dodatek liderem.
- Rozumiem. Chcesz coś pić? – pytam stawiając czajnik na jednym z palników.
- Nie dzięki, ale chętnie bym coś zjadł. – oświadcza nadzwyczaj pewnie.
- Już się robi. – mówię przewracając oczami.
                Szybko robię mu kilka kanapek oraz herbatę, gotowy posiłek stawiam na blacie, który rozciągał się na środku kuchni. Wcale nie dziwię się, że tak otwarcie powiedział, że jest głodny Gdybym ja trenowała kilkanaście godzin dziennie (i do tego była taka divą)też bez problemu bym o coś poprosiła. Po za tym on ma mentalność pięciolatka, nie wstydzi się znajomych osób.
- Jadłeś w ogóle coś dziś? – pytam niezadowolona.
- Jasne, że tak. Zaraz przed tym jak rano do nas przyszłaś mieliśmy śniadanie. – oznajmia, aponieważ wiem z doświadczenia, że chłopak nieudolnie kłamie, to nie drażę tematu.
- No dobra, powiedzmy, że ci wierzę. – droczę się z nim mimo wszystko. – Ile jeszcze macie czasu? – przeglądam się w mojej łyżeczce do herbaty.
- Jakoś tak koło dwóch godzin, a co? – pyta, siorbiąc gorący napój.
- Obejrzyjmy jakiś film? – pytam podekscytowana. – Horror?
-Em. Horror? Sam nie wiem. Suho prosił, żebym nie oglądał horrorów. Sam się ich boi, a co dopiero ja. – szepcze niepewnie, zapewne bojąc się, żeby Kris nie usłyszał, albo, żebym ja go nie wyśmiała.
-No weź nie chce mi się po raz kolejny oglądać nudnej komedii romantycznej. – żalę się, jednak nie namawiam go dalej, nie chcę za chwile słuchać jak płacze.

                W końcu po długich negocjacjach postanawiamy pooglądać w Internecie filmiki z EXO w roli głównej. Znajdujemy wiele śmiesznych obrazów, jednak niektórych Tao wolałby przy mnie chyba nie oglądać

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Haha, wyrobiłam się przed czasem :') Dobra żartuje, przepraszam, ze tak późno.
Od następnego rozdziału nie będę pisać już "Kris" tylko "Wu Yi Fan", sami chyba wiecie dlaczego ( :'( ).
No więc mam nadzieję, że nie jest źle...
Eh i zapraszam tutaj <klik> zapowiada się cudownie :)

wtorek, 17 czerwca 2014

Rozdział 14 "Urodziny"

Ci którzy przez cały okres dojrzewania byli rozpieszczani przez swoich kochających rodziców nigdy mnie nie zrozumieją, nawet jeśli będą bardzo się starać i tak pomyślą coś w stylu: „Gdybym miał takich rodziców jak ona miałbym więcej swobody”. Nie mam do nich o to pretensji zapewne też bym tak myślała gdyby tylko moje dziecięce lata wyglądały nieco inaczej.
                Dziś wielki dzień, pierwszy duży występ z okazji tego combacku. Muszę się pogodzić z tym, że teraz w życiu mojej rodziny pierwsze miejsce będzie zajmować właśnie EXO. Ale żeby nawet ciocia?
- Yuta! – krzyczy ktoś z drugiego końca korytarza. – Tak się cieszę, że jesteś tu z nami! – albo mam omamy, albo widzę Krisa, który nie może się opanować ze szczęścia.
- To ja się cieszę! Dziękuję jeszcze raz za zaproszenie.
Tak. Wszyscy jesteśmy okropnie podekscytowani. Super będzie na żywo zobaczyć występ chłopków, a zwłaszcza Luhana. W końcu to po części moja zasługa, że dziś będzie mógł pokazać światu coś nowego! Coś co razem stworzyliśmy…
-Amanda! – słyszę za sobą przyciszony głos jednej ze stylistek.
- O! Cześć, chciałaś coś? – pytam zdziwiona.
-Ami… nie udawaj, dziś wielki dzień! – mówi a ja za nic nie wiem co chce mi przez to przekazać.
- No tak dziś występ… ale… - zaczynam, jednak nie dane mi jest dokończyć.
- Nie wygłupiaj się, dziś są przecież twoje urodziny – jej ton głosu wydaję się być bardzo wesoły i przejęty. – Wszystkiego Najlepszego! Przepraszam, ale muszę już uciekać.
- Dziękuję, to miłe. – zaznaczam a dziewczyna odchodzi.
A to ciekawe, jako jedyna pamiętała o moich urodzinach mimo, że prawie z nią nie rozmawiam. Dziś moje 19 urodziny. Odkąd mieszkam, ba odkąd znam moich przyszywanych rodziców ten dzień zawsze był szczególny. Dzień, który należał tylko do mnie. Naprawdę nie chcę zachowywać się jak rozpieszczony bachor, ale zaczęłam obchodzić swoje święto dopiero w wieku 13 lat. To chyba jest wiec powód dla, którego teraz te wszystkie lata próbuję nadrobić. Prawda? Eh… a może naprawdę miałam ostatnio w życiu za dobrze…
                 W końcu zmęczona rozmyślaniem udaję się na backstage gdzie chłopaki czekają już do wyjścia na scenę.
- Powodzenia. – tylko tyle jestem w stanie powiedzieć.
                Show jest cudowne, nowe układy są fenomenalne. Przeraża mnie tylko ich poziom trudności, prędzej połamałam bym sobie kręgosłup i nogi, niż zatańczyła to co oni. W końcu czas na moment, który chyba najbardziej mnie interesuje. Solowy występ Luhana. Kiedy zbiega ze sceny chcąc wcześniej wziąć przygotowaną gitarę, łapię go za ramię i mówię dobitnie, nie znosząc sprzeciwu.
- Luhan. Posłuchaj mnie. Wiem, że wolałbyś aby to Kage cię uczyła ale teraz o tym nie myśl. Mam nadzieje, ze nie byłam aż tak beznadziejna i czegoś cię nauczyłam. Powodzenia.
                Próbuje coś jeszcze powiedzieć ale niemal natychmiast zostaje wypchnięty na scenę. Nie wiem co skłoniło mnie do takich wyznań, jednak cieszę się, że mogłam mu to powiedzieć. Niech wie…
Kiedy jest już na scenie i gra spokojną balladę przez głowę przelatuje mi tysiące myśli. Minęło jakieś pół roku, może nieco więcej.  Wspaniała dwunasta chłopków odmieniła moje życie bezpowrotnie. Odmieniła je po raz drugi.
Wiele razy zastanawiałam się czy nie mówić do cioci i wujka „mamo”, „tato”, w końcu to oni wyciągnęli mnie z całego tego bagna, w którym tkwiłam. Dziś w dniu moich urodzin, przypominając sobie jak spędziłam te dni z zapitymi na umór rodzicami, wiem już dlaczego. Te słowa kojarzą mi się z ludźmi, którzy zniszczyli mnie psychicznie. Smutne, prawda?
                Mama, kiedy miałam 6 lat zaczęła pić, a wszystko przez to, że nie potrafiła znieść zachowania ojca. Do dziś pamiętam jej czułe spojrzenie kiedy mówiła: „Kochanie ja już nie uwolnię się z tej klatki, ale ty masz szansę.” Miałam wtedy tylko 7 lat. Następnego dnia wypiła kilkoma łykami butelkę wódki i zataczając się poszła zadzwonić… do opieki społecznej. Zostawiła mnie, poddała się. Już nigdy się nie dowiem  czy powinnam jej za to dziękować czy jej nienawidzić. Jakaś cześć mnie pragnie wierzyć, że to było tylko i wyłącznie dla mnie, ale nie oszukujmy się, ona chciała pozbyć się obowiązku i móc zatopić smutek w alkoholu. Porzucając jedyną córkę.
Tata pił odkąd pamiętam. Nigdy nie lubił dzieci, wręcz ich nienawidził. Tak teraz myślę, że może moje narodziny bardzo zmieniły jego życie. W końcu podobno kiedyś był dusza towarzystwa, i roześmianym mężczyzną, z dołeczkami w policzkach, których nigdy nie wiedziałam. Tak o nim opowiadała mama. Nie czuję się winna rozpadu ich małżeństwa. Nie czuje się winna bo nie miałam na to żadnego wpływu. To oni podjęli głupie i nieodpowiedzialne decyzje. Oni.
Prawda?
- Jak ci się podobało, piękna? – pyta podbiegając maknae.
- Było świetnie. – moje słowa nie są nawet kłamstwem. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że oglądałam cały ich występ.
-  Amanda, w tych włosach wyglądasz prześlicznie. – recytuje Lay.
- Uważaj bo się jeszcze zarumienię – mruczę pod nosem zastanawiając się czy czasem nie jestem już cała czerwona.
- Przeprasza, ale musimy już iść zaraz mamy wywiad – uspokaja sytuacje lider i już ma iść, jednak zatrzymuje się i szepce na ucho. – Ja pamiętam.
- Ale o czym? – pytam, chłopak jednak jest już zbyt daleko aby mnie usłyszeć.
Eh… dlaczego to jest tak bardzo skomplikowane? Życie naprawdę nie może być proste i przejrzyste? Było by zbyt łatwo?
Po raz kolejny dzisiejszego dnia nie wiem co ze sobą zrobić. Fani opuszczają już salę a koncert już się skończył. Jedynie ja stoję wciąż wpatrując się w scenę i myśląc. Ciocia by nie zapomniała.
- Yuta podwiozę cię do mieszkania. – mówi nagle wujek stając przede mną. – Jest już po dwudziestej. Bądź za piętnaście minut przy aucie.
Kiedy on jest już daleko krzyczę w przestrzeń. Wiem, że nikt mnie nie usłyszy, a nawet jeśli to nie zwróci na to uwagi. Zrezygnowana swoją postawą powoli kieruję się na parking. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinnam się tak zachowywać, nie jestem pępkiem świata.
Powoli idę korytarzem w stronę podziemnego parkingu gdzie zaraz zapewne uda się tez wujek. Idąc zastanawiam się czy nie pojechać z nim do domu, do nich. W końcu lepsze to niż użalanie się nad sobą. Stwierdzam jednak, że nie będę się wpraszać. Gdyby chcieli zaprosiliby mnie. Tak jak w tamtym roku kiedy zrobiliśmy sobie maraton filmowy z wszystkimi częściami „Władcy Pierścieni”.
- Jesteś w końcu. Słuchaj odwiozę cię tylko pod to skrzyżowanie, gdzie skręca się do nas, bo bardzo mi się śpieszy. Okey? –pyta.
Super. Świetnie. Cudownie. Co jeszcze?
- Okey.
                Czy naprawdę wszystko musi być dziś przeciwko mnie? Nie chodzi o to, ze nie mogę się przespacerować, ale to moje urodziny i jak na złość wszystko jest na odwrót. Dlaczego? Co się zmieniło po tym jak tu przyjechałam?
                Droga do skrzyżowania, na którym ma mnie wysadzić wujek nie jest wcale długa, więc już  po kilkunastu minutach wychodzę  z pojazdu żegnając się z wujkiem najmilej jak potrafię. Kiedy samochód znika mi z oczu, szybko przechodzę na druga stronę jezdni. Nie śpieszę się bo nie mam do czego, pogoda jest pochmurna, ale nie dokucza mi zimno. Wiem, że nie powinnam być na nikogo zła, jednak ostatnio wszystko mnie „boli”. Po dość długiej chwili zaczyna padać deszcz,  nie przyśpieszam kroku, lubię deszcz zwłaszcza tak ciepły jak ten, wiec to prawie przyjemność kiedy pada bardziej.
                Jestem już cała mokra  stojąc na progu. Szukam klucza chcąc otworzyć drzwi jednak ku mojemu przerażeniu nie mam go przy sobie. Ciekawe co ja teraz zrobię…? Jest zimno i do tego leje, pomimo całej mojej miłości do deszczu jest mi teraz bardzo, bardzo zimno.
Zła naciskam klamkę z pewną nadzieją, że tajemniczo się otworzą i będę mogła spokojnie przebrać się, a potem zasnąć.
                Czeka mnie jednak kolejne zaskoczenie, drzwi ustępują pod moja dłonią i z lekkim skrzypieniem otwierają przede mną przed pokój. Co teraz? Albo zabije mnie ktoś kto okrada właśnie mój dom, albo zastanę mieszkanie w okropnym stanie i bez moich rzeczy… Szybko rozglądam się dookoła za czymś co mogłaby mi posłużyć w razie spotkania się z zabójcą. Niestety jedyną „bronią”, która znajduję jest dość lekka rurka od wieszaka na płaszcze. Mimo pewnego niepowodzenia ostrożnie zaczynam zbliżać się do pogrążonego w ciemności salonu. Stojąc w „drzwiach” (czyt. dziurze w ścianie) nie widzę nic prócz ciemnej ciemności. To dziwne na polu jest co najwyżej szaro, a ja nie zasłaniałam żaluzji przed wyjściem. Powoli naciskam włącznik światła.
                To niemożliwe.
                Zza kanapy wyskakuje całe EXO-M, kilka znajomych z SM oraz wujek i ciocia. Sama nie wiem, czy bardziej się Cieszyc czy złościć. Z jednej strony cieszę się z niespodzianki, którą zgotowali mi najbliżsi, drugiej jednak jestem okropnie zła za to, że kazali mi znosić te katusze.
- Ami, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. – śmieje się ciocia od razu mnie przytulając. – pozwól, że złożę ci życzenia. Kochanie życzę ci wiele miłości i szczęścia, życzę żebyś już zawsze była tak odważna i dzielna jak dotychczas. Gdyby nie twoja siła ja też wiele razy bym się poddała. Wszystkiego o czym marzysz aniołku. – kończy ze łzami w oczach.
                Następnie życzenia składa mi wujek, od którego dostaję mojego wymarzonego kotka przez co musze powstrzymywać łzy wzruszenia. Potem następuję czas całej reszty zebranych. Tao chyba z pięć razy życzy mi dużo miłości. A od Krisa dostaję bluzę „WOLF 88” z jego imieniem. Jacy oni są delikatni.       Na początku martwię się czy w ogóle mam coś w lodówce, nie wspominając już o jakiś ciastkach, ale jak się potem okazuje rodzice o wszystko zadbali. Xiumin ukradł mi nawet w którymś momencie klucze, aby to przygotować. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego co udało im się dla mnie zrobić.
- Naprawdę nie wierze, że to zrobiliście. – mówię po raz setny tego wieczoru, siedząc na ziemi i opierając się o długie nogi Krisa. – Jeszcze dali wam wolne dziś wieczorem… 
-Szef uznał , że należy nam się odpoczynek, chociaż myślę, że bał się po prostu śmierci na scenie. – szepce mi prosto do ucha nie chcąc przeszkadzać innym w oglądaniu horroru.
- Ahem… - za kreatywność moich odpowiedzi powinnam dostać nobla.
- Yuta? Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałem o Tao? – jego pytanie zupełnie wytrąca mnie z równowagi.
- Emm… Tak, pamiętam, a o co chodzi?
- Myślę, że powinnaś z nim pogadać. On naprawdę myśli, że coś do niego czujesz, a z tego co opowiadał wynika, ze ty nikogo nie szukasz. Przepraszam za moją bezpośredniość, ale Panda to mój najlepszy przyjaciel, wiec bardzo się o niego martwię. Mam nadzieje, że rozumiesz…
- Oczywiście… - próbuję powiedzieć, ale niespodziewanie przerywa mi Lay.
- Słuchajcie jak chcecie się migdalić, to wyjdźcie bo ja chce oglądać. – ogłasza na tyle głośno, aby wszyscy usłyszeli. Już mam protestować, jednak Kris jest szybszy.
- Już idziemy. – mówi ciągnąc mnie za rękę i wyprowadzając z pokoju.
Idziemy prosto w stronę mojej sypialni. Czy to nie dziwne, że porusza się po moim domu mieszkaniu jakby spędzał tutaj, każdą wolną  chwile? O ile on ma jakieś wolne chwile. W końcu siedzimy na moim ogromnym łóżku i postanawiam zacząć wracać do rozmowy.
- Po pierwsze. Oni pomyślą sobie teraz coś głupiego. Po drugie skąd wiesz gdzie jest moja sypialnia?! – pytam w wyrzutem.
- Szedłem na oślep. – oznajmia tylko, niewinnie. – ale wróćmy do rozmowy.
- Nie wiem co mogłabym zrobić… - załamana chowam twarz w dłonie. – Nie chcę go zranić. Nie chce żeby było niezręcznie.
- Rozumiem cię. Uwierz mi… rozumiem. – mówi bardziej do siebie niż do mnie.
- Pójdę pożegnać ciocię i wujka pewnie zaraz będą asie zbierać. – informuje wychodząc z pokoju.

                Kris tam zostaje. Co teraz, czy naprawdę NIKT mnie teraz nie interesuje? Czy tylko ciągle oszukuje samą siebie?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Przepraszam za ten miesięczny poślizg z dodawaniem rozdziału, ale jak chyba sami wiecie poprawianie ocen jest czasochłonne. Teraz już powinno być regularnie, mam nadzieje. Dziękuję za wszystkie miłe komentarze ♥  Miłego czytania. 

poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział 13 "Krótkie, kasztanowe włosy"

Budzik dzwoni kiedy jest jeszcze ciemno, więc wyłączam go szybko myśląc, że popełniłam błąd kiedy go nastawiałam. Zaraz jednak się opamiętuję. Miałam przyjść koło piątej rano do wujka pomóc mu w czymś tam… Szybko zbieram przygotowane w nocy rzeczy i udaję się do łazienki. Nie robię makijażu, a włosy związuję w kitkę. Ubieram wygodna legginsy w stylu „galaxy” a do tego obszerną koszulką z żółtą małpką na środku i bluzę w podobnym stylu. Zabieram tylko telefon oraz słuchawki i mogę wychodzić. W ostatniej chwili zauważam, że łyska się i grzmi, do tego okropnie leje. Chwytam za telefon, chcąc zapytać wujka co robić.
- Wujek? Słuchaj, jest burza przyjechałbyś po mnie? A potem podjechalibyśmy do firmy. – proponuje.
- Dobrze. – słyszę w słuchawce. – Zaraz będę.
Szybko naciągam na siebie kurtkę oraz buty mające imitować glany. I wtedy do głowy przychodzi mi pewien pomysł, który mam zamiar zrealizować już dziś po południu.
                Słyszę dźwięk klaksonu więc wychodzę z mieszkania i zamykam drzwi, następnie kieruję się do samochodu. W środku witam się z wujkiem i pytam o samopoczucie cioci i Mimori. Jak się okazuje wszystko jest w porządku.
                Z ciekawości zagaduje wujka, czy nie wie przypadkiem jak idzie tej nowej w Korei.
- Chyba wszystko w porządku, dlaczego pytasz?
- Wujku… bardzo się martwię, ona jest jakaś dziwna i fałszywa. Co jeśli to jakaś fanka? – wypluwam przed nim swoje wątpliwości.
- To nie jest takie proste… chłopcy ją polubili, a nie chcemy, żeby źle o tobie myśleli. – tłumaczy spokojnie.
- Dobra jesteśmy już na miejscu, wiec pójdę i porozmawiam jeszcze z Krisem.
- Będę u siebie w biurze, potem przyjdź mi pomóc.
- Dobrze. – mówię i wychodzę z samochodu.
Przebiegam do budynku tak aby nie zmoknąć zbytnio. Stojąc już „bezpiecznie” za drzwiami zauważam, że życie tętni tu jakby było co najmniej południe.
Szybko udaję się do sali treningowej nie zbyt uważając na ludzi, których mijam, przez co kilka razy na kogoś wpadam. Będąc już na miejscu widzę, że chłopaki ćwiczą układ więc muszę chwilkę zaczekać.
- Kris. Musimy pogadać. – obwieszczam kiedy już kończą.
- Po tak długim czasie mogłabyś nauczyć się mówić do mnie oficjalnie. – stwierdza jak zwykle niezbyt miło, lider.
- A kto powiedział, ze chcę? – odpowiadam mu tym samym.
                Ten tylko wzdycha głośno, zrezygnowany. Wychodzimy na korytarz, gdzie niemal od razu przechodzę do sedna sprawy nie interesując się tym czy nie zrobię z siebie wariatki.
- Słuchaj… - zaczynam pewnie, mimo wątpliwości. – Chyba obydwojgu nam nie podoba się ta dwulicowa… no ona. Tak sobie pomyślałam, że to może być jakaś fanka. I nie mówię tego bo jestem zazdrosna ale boje się, ze jeśli nic nie zrobię to coś się stanie. – oświadczam ze stoickim spokojem.
- Rozumiem. – przyznaje niezbyt zadowolony. – Też dużo o tym myślałem, ale chyba nic nie możemy poradzić. Dziś gadałem z Suho (on też niezbyt ja polubił) i mówił, ze ona jest bratanicą szefa. Co jak pewnie się domyślasz nie jest dla nas dobrą wiadomością. – relacjonuje lider.
- A oni? – palcem wskazuję na salę, z której dopiero co wyszliśmy. – Dalej są w nią tak zapatrzeni?
- Może nie zapatrzeni, ale wczoraj słyszałem jak Luha… -urywa.
- Co Luhan? No mów! –naciskam choć w głębi duszy wiem, że to co zaraz usłyszę będzie bardzo bolesne.
- Słyszałem jak on… - patrzy na mnie niepewnie, jego oczy wyrażają prawdziwy smutek. – Mówił, że chyba wolałby być Koreańczykiem, byleby móc zostać teraz w Korei.
Milknie. Panuje cisza, tak ciężka i nieprzyjemna, że mam ochotę wywrzeszczeć cała moją złość i smutek byleby tylko ją przerwać.
- A – i tak właśnie Yuta okazała swą cała inteligencje światu. Podziękujmy jej za te wzruszające słowa brawami.
- Nie bierz tego do siebie on po prostu… - próbuje mnie jakoś pocieszyć jednak kiedy widzę jak nieudolnie mu to idzie, szybko zmieniam temat.
- Dobra, nie ważne. Pomyśl nad tym co moglibyśmy zrobić, żeby sprawdzić czy jest okay. – mówię i odchodząc krzyczę tylko – Do zobaczenia po południu!
                Ciekawe tylko czy mnie poznasz.
***
Powoli idę ulicą, przeglądając się w niemal, każdej szybkie jaką napotkam na swej drodze. Trochę żal mi tego co zrobiłam, ale było mi to potrzebne. Fioletowe włosy już mnie znudziły, teraz przyszedł czas na coś nowego. Zatrzymuję się przez chwilę przy witrynie cukierni. Ludzie pewnie myślą, że coś ze mną nie tak skoro stoję i przyglądam się wypiekom tak długo, ale nie przeszkadza mi to.
Krótkie kasztanowe włosy i jakby jakaś obca doroślejsza dziewczyna. To właśnie widzę. To ja. Od zawsze lubiłam być na przekór wszystkiemu. Pierwszym krokiem był fiolet, ale teraz postawiłam na bardziej naturalny kolor i wizerunek Tomboya.
Już widzę miny chłopaków kiedy mnie ujrzą, jeszcze rano wyglądałam całkiem normalnie (jak na mnie).
Może nie będzie aż tak źle, w sumie w SM jest już jeden tomboy, czyli Amber z f(x), moja idolka. Od dziecka jakoś niespecjalnie interesowało mnie to co inne dziewczyny uważały za pasjonujące. Wolałam rozmawiać z chłopakami.
No ale nie ważne, nie ma co nad tym rozmyślać. Jestem już w końcu na miejscu. Zakład fryzjerski był na szczęście tylko pół godziny z stąd. Jeszcze tylko jedno zerknięcie w szklane drzwi i mogę wchodzić. Ledwo przekraczam próg , a już dostrzegam ucieszone obliczę sekretarki. Nie podchodzę aby z nią porozmawiać bo nie za bardzo mam na to czas. Wyszłam tylko na piętnaście minut, a nie było mnie półtorej godziny. Szybko wbiegam po schodach i kieruję się do małego ale przytulnego biura wujka. Na razie nie zobaczę się z chłopakami bo maja trening wokalny, a szkoda bo ich miny mogłyby być ciekawe.
                 Zdenerwowana naciskam na klamkę drzwi i wchodzę do pomieszczenia. Jak zawsze jest przepełnione zapachem męskich perfum co przyprawia mnie o mdłości.
- Mógłbyś tu czasem wietrzyć, wiesz? – pytam a on nawet nie podnosi wzroku z nad ekranu laptopa.
- Zawsze to mówisz. – odpowiada nadal nie podnosząc wzroku. – Musisz mi pomóc w…
Urywa a jego źrenice momentalnie się rozszerzają.
- No co? – pytam siląc się na niewinny i zarazem naturalny ton głosu.
- Nic, nic… po prostu mnie zadziwiłaś. Ładnie ci w takich włosach.
I to właśnie kocham u wujka nie dopytuje się, nie ocenia. Jest. Ciocia i wujek są co prawda jedynie namiastką tego co powinnam mieć od niemowlęcych lat, ale to już nie ich wina.
- W czym ci pomóc? – pytam siadając przy nie używanym biurku w rogu pomieszczenia, które od bardzo niedawna należy do mnie.
- Możesz zadzwonić do ludzi, którzy wynajmują nam sale koncertową i zapytać, o której możemy być na miejscu.
Oczywiście szybko wykonuję polecenie i ku mojemu zaskoczeniu chłopcy mają zacząć przygotowania już od dziesiątej rano. Nie żeby osiem godzin to trochę dużo.
Potem robie już cały czas to samo dzwonię, pytam, odpowiadam. Strasznie mnie to męczy ale wiem, ze jestem mu to winna. On pomagała mi przez tyle lat, ze mogę dla niego wykonać parę telefonów.  „Jestem mu coś winna”.  Potarzam sobie przez następną godzinę.
- Ami. Jest już po czternastej masz teraz lekcję. – przypomina, w końcu zaspanym głosem. Zapewne nie spał w nocy.
- Już idę – oświadczam szybko zbierając swoje rzeczy.
Spóźnienia w tym budynku nie są tolerowane, a zwłaszcza w przy tak napiętym grafiku. Chwilę potem stoję przed studiem w oczekiwaniu, aż zakończy się tam jakaś próba. Kiedy w końcu zaczynamy zauważam, że tej nocy EXO spało, bo Luhan nie wygląda aż tak strasznie jak ostatnio.
- Cześć – zaczynam od razu nie zwracając już w sumie uwagi na zdziwione spojrzenia chłopaka. – Dziś zajmiemy się dopracowywaniem szczegółów, oraz jeśli się nam uda dobierzemy odpowiednie akcesoria typu paski, piórka itp. Bo to też jest bardzo ważne.

                Ćwiczenia i dobieranie sprzętu idzie nam szybko. Za szybko. Wiem, że kiedy skończę będę musiała znów zasiąść za biurkiem wdychając odurzający zapach perfum i wypełniając kolejne papiery. A Luhan… on będzie musiał udać się na morderczy trening. Znowu. To konieczne, w końcu musi być perfekcyjnie. Podziwiam ich, naprawdę. Pomimo całej mojej miłości do muzyki nie potrafiłabym tak żyć. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Przepraszam za ten rozdział, ale jakoś nie miałam ani siły, ani chęci. Opowiadanie będzie toczyło się dalej nie zależnie od tego czy Kris zostanie czy odejdzie. Mam nadzieję, że ten rozdział mimo wszystko nie jest taki zły. 
Dziękuję za wszystkie komentarze ♥

niedziela, 11 maja 2014

Rozdział 12 " Ta mysz się panoszy"

Moje życie jest przewidywalne jak kiepski film…
- Kris? – w moim głosie wyraźnie słychać znużenie wywołane przypomnieniem sobie o kiepskiej dramie, którą niedawno oglądałam.
- Wszyscy są na dole. – stwierdza chłodno, ale nie zrażam się tym zbytnio.
- Um. Nie przyszłam tu, żeby siedzieć na dole… zresztą nie jestem im tam potrzebna.
- Na mnie też nikt nie zwracał uwagi, więc przyszedłem tutaj. Tao mówił, ze tutaj dobrze się myśli. Miałaś nadzieje, że go tu spotkasz? – pyta w końcu.
- Tak… zaraz jedziecie. – podchodzę bliżej widząc, że nie tylko mi nie pasuje postawa nowej „koleżanki”.
Nie wiedząc jak się wobec niego zachować  siadam z dala od krawędzi dachu po turecku. Ciągle się boję… Już mniej, ale lęk wysokości chyba już na zawsze ze mną pozostanie. Spoglądam na zegarek, jest już po trzynastej. Czy on się zaraz nie spóźni?
- Idź już. – oddycham głęboko.
- Masz rację. Powodzenia. –życzy i odchodzi, a ja zostaję sama.
Jak to jest, że chłopcy nie widzą głupoty dziewczyn tylko, i wyłącznie dzięki ich wyglądowi. Jak to jest, że przedtem tak bardzo było im smutno, że odchodzę, a teraz… To nie jest tak, ze nie chcę dopuścić do nich nikogo oprócz siebie. Ja po prostu… martwię się. Jest mi też smutno. TAK! Będę to powtarzać! No nic, jeszcze tylko tydzień. Dam rade. Na pewno.
Jest dopiero piętnasta. Mam dziś wolne, bo „nowa” ma lekcję z Sehunem. Przynajmniej sobie odpocznę a raczej będę zadręczać się myślami o tym czy wszystko jest w porządku.
Możecie nazwać mnie wariatką, ale oni są bardzo, bardzo, bardzo sławni tutaj w Korei i mają przez to mnóstwo sasaeng fanów.
Powoli schodzę z dachu z myślą, ze czas wrócić do mieszkania, nic tu po mnie. Zatrzymuję się tylko na chwilę na parterze, aby podpisać „listę obecności”, która tutaj obowiązuję.
Zabieram cienką kurtkę z szatni, jednak jej nie zakładam, bo na zewnątrz jest już naprawdę ciepło jak na początek kwietnia. Gdzieniegdzie zaczynają nawet kwitnąć wiśnie. Tak jak sobie wyobrażałam siedząc na murze opuszczonej fabryki i marząc o lepszym życiu za granicą, najlepiej w Azji, którą tak bardzo wielbiłam, wraz  z moją jedyna koleżanką.
Niedługo po wyjściu z chłodnego wieżowca, staję pod własnym cieplutkim mieszkaniem. Zgrabnym ruchem przekręcam klucz w zamku i wchodzę do środka. Odkładam kurtkę na wieszak, jednocześnie zdejmując niewygodne buty. Mogłam jednak zamówić taksówkę, bo stopy bardzo mnie bolą. Kiedy jestem już rozebrana udaję się do kuchni, gdzie nalewam sobie soku do szklanki. Przy okazji zabieram także laptopa i udaje się do salonu.  Jak to ja muszę mieć jednocześnie włączony telewizor i komputer, inaczej jest pusto…
Lecą akurat wiadomości, już mam przełączyć kiedy dzieje się coś okropnego. Informacja. Jedna informacja. Zmienia cały mój dzień. Dziennik informacyjny podaje:

  „ZATONĄŁ STATEK, WIELE OSÓB RANNYCH I MARTWYCH!”

Jak to? Szybko pogłaśniam telewizor, skupiając się na informacjach podawanych przez dziennikarza. Rozpacz. Widząc zdjęcia z miejsca zdarzenia i krótkie nagrania ukazujące te wszystkie rodziny… rozpacz. To chyba jedyne słowo, które jest w stanie oddać zaistniałą sytuację. Dzwoni telefon.
- Amanda? Tutaj wujek. Słuchaj będziesz musiała wracać natychmiast do Chin. Ta nowa zajmie twoje mieszkanie.
-Co, ale dlaczego? – pytam, nic nie rozumiejąc.
- No chodzi o comback. Planowaliśmy to zrobić nieco inaczej, ale szef zadecydował, ze EXO-M zaczyna promocję już teraz, a EXO-K kiedy ludzie ochłoną po tej tragedii.
- To bez sensu, przecież w EXO-M też są Koreańczycy. –  mówię, ciągle nic do mnie nie dociera.
- Ami… szefa to nie obchodzi. Fani. To oni są ważni, chodzi o odbiorców nie chłopców. Oni za niedługo będą już w Chinach ty masz samolot rano. Musze kończyć dobrej nocy.
Rozłącza się.
Człowiek… Czy ludzie w dzisiejszych czasach widzą w nim cokolwiek prócz maszynki do zarabiania pieniędzy, zapominając o swoim człowieczeństwie? Raczej wątpię by ktokolwiek był w stanie, w tych okolicznościach uśmiechać się do kamer i tańczyć szczęśliwie na scenie. Oni mogli znać te zaginione lub martwe osoby, to mogli być ich znajomi, ze szkoły! Ale kogo to obchodzi… To nie ich interes. Bo przecież na tej tragedii także można nieźle zarobić. Albo na współczuciu dla ofiar. Gdzie ci ludzie w drodze do pieniędzy zgubili swojego ducha? Gdzie? Jestem ciekawa jak wyglądałoby ich stanowisko gdyby ktoś z ich rodziny tam był. Niektórzy jak widać muszą na własnej skórze poczuć ból aby móc współczuć.
Ale nie mi dane jest osądzać tym zajmie się ten na górze. Teraz muszę się spakować i pomóc im w przygotowaniach. W końcu podczas pierwszego programu na żywo Luhan ma zaprezentować swoje nowo nabyte umiejętności.
Idę już schodami w górę kiedy czuję wibracje w prawej kieszeni moich spodni. To Tao…
- Cześć. – jego głos jest bardzo słaby co mnie martwi.
- Cześć, coś się stało? – pytam.
- Emm… nic. Po prostu słyszałem, że jutro wracasz i nie mogę się doczekać. – próbuje się zaśmiać ale to wywołuje tylko salwę kaszlu.
- Masz taki słaby głos…
- To przez lekką gorączkę, ale nic się nie bój Kris dobrze się mną opiekuje. – oświadcza.
- Co?! – krzyczę zdziwiona. – Powinieneś teraz odpoczywać, a nie trenować.
-To moja praca, wiec jest okey.
- Zaczynam myśleć, że w tej wytwórni nic nie jest okey… - wypuszczam głośno powietrze. – Musze iść się pakować. Dobrej nocy, kuruj się bo czeka nas bardzo ciężka praca.
- Papa…
W ciągu trzydziestu minut wszystko wywróciło się do góry nogami… Nie za dużo jak na jeden rozdział, i kilkanaście mililitrów atramentu?
Wznawiam moją wędrówkę do sypialni i do razu wypakowuję wszystko z szafek. Nic prócz ubrań i kosmetyków nie jest tu moje. No… może jeszcze jedzenie, ale zostawię coś tej całej Hikari, a żeby z głodu nie padła bo pójdę siedzieć za „nieumyślne” spowodowanie śmierci.
Kiedy wszystko jest już spakowane i gotowe idę na dół do kuchni, aby przygotować sobie coś na rano do zjedzenia. Już teraz jestem pewna, ze wstanę zbyt późno.
Zrobione kanapki chowam do lodówki i śniadanie na jutro jest gotowe. Ponieważ jest jeszcze wcześnie udaję się do salonu, nie oglądam wiadomości bo potem zbyt dużo bym o tym rozmyślała i zapewne nie mogłabym zasnąć. Włączam byle jaki kanał, akurat leci mecz siatkówki. Jako wielka fanka tej dyscypliny chętnie oglądam mecz. Okazję się, ze jest to finał ligowych rozgrywek z polski (jednej z najlepszych lig w świecie). Z zadowoleniem odnotowuję, że za niedługo rozpocznie się sezon reprezentacyjny, który moim zdaniem jest jeszcze ciekawszy. Pytanie tylko czy będę mieć czas na oglądanie meczy. To dziwne ale nigdy nie kibicowałam Wielkiej Brytanii, tylko Polsce właśnie. Taki mały kraj, leżący pomiędzy Europą wschodnią i zachodnią. Ale jedno trzeba im przyznać maja świetnych sportowców… oprócz piłkarzy oczywiście.
Mniejsza z tym. Mimo ciekawego i zaciętego spotkania już pół godziny później zasypiam. Sen niby ten sam, ale sceneria inna. Sceneria i oczy. Sprawiają, ze pragnę się schować, uciec. To nie są oczka Pandy zmęczone i czarne jak smoła są inne. Co prawda widzę przed sobą cała postać tajemniczego chłopaka, jednak jestem w stanie patrzeć tylko w jego brązowo-miodowe tęczówki. Jego wzrok… jak gdyby o coś pytał…
Budzik.
Zaspana, szybko zrywam się kanapy, byle tylko jak najszybciej zapomnieć o moim śnie. Od razu wskakuję po prysznic, odkręcam wodę  tak aby była gorąca i niemal od razu mnie to odpręża. Niestety muszę się śpieszyć. Kiedy resztki piany ze mnie znikają , mogę wychodzić. Od razu dopada mnie przenikliwy chłód, więc z potrójnym przyśpieszeniem wycieram się do sucha. Zakładam wygodne legginsy i bluzę, którą dostałam od wujka. Czeszę włosy, robię naprawdę delikatny makijaż i jestem gotowa. Schodzę do kuchni aby zjeść szybkie śniadanie i ku mojemu przerażeniu w pomieszczeniu znajduję Kage wyjadającą moje cenne kanapki.
- O! To było twoje?! Tak mi przykro. – oświadcza swoim cukierkowym głosem chcąc być uznana za niewinną śmierci moich kanapek. Były jeszcze takie młode…
Oddycham głęboko przełykając ślinę i zmuszam się do powiedzenia czegokolwiek.
- Powodzenia. Wychodzę. – oświadczam po drodze zabierając wszystko co moje.
Naprawdę zdenerwowana opuszczam budynek. Jeszcze nie zdążyłam wyjść a ta mysz już zadomowiła się w moim mieszkaniu. Wyciągam z obszernej torebki telefon i dzwonię po taksówkę, po chwili czekania auto jest na miejscu. Pakuje walizki do bagażnika z pomocą kierowcy siadam z tyłu. Na lotnisko jedziemy długo, bo znajduje się na obrzeżach miasta. Kiedy jesteśmy już na miejscu wysiadam z pojazdu i od razu zauważam, że powietrze jest tu o wiele świeższe.
Dwie godziny później jestem już po odprawie i czekam na samolot. Naprawdę nie mogę się doczekać aż w końcu opuszczę to miejsce, zobaczę malutką Mimori i chłopaków.
Bardzo martwi mnie tez stan zdrowia Tao, przygotowania do combacku, a tak właściwie comback, który ma odbyć się już za dwa dni to nie najlepszy czas na chorowanie. Treningi oraz wysiłek fizyczny na pewno nie poprawiają jego stanu zdrowia. Najgorsze jest to, że nie mogę z tym nic zrobić. Mogłabym co prawda iść i powiedzieć CEO co o tym wszystkim myślę, ale wtedy byłaby zagrożona posada, moja jak i wujka. Gdybym miała ryzykować tylko własną pracą…
- Pasażerowie lotu 125 proszeni są o udanie się na pokład samolotu. – słyszę głos wydobywający się z głośnika nade mną. 
Przygotowana już od dłuższej chwili na ten komunikat, zabieram jedynie torebkę i udaję się do wyznaczonego miejsca.
Podróż mija jak na mnie bardzo spokojnie, jedynie przez chwilowe turbulencje byłam nerwowa.
Kiedy to piekło wreszcie się kończy, nie mogę doczekać się wyjścia na powietrze. Udaje mi się spełnić to życzenie dopiero po dwudziestu minutach. Przed budynkiem czeka na mnie wujek.
- Cześć! – tuli mnie mocno, a ja w odpowiedzi tylko odwzajemniam uścisk. – Musisz teraz jechać do studia bo trzeba coś niecoś dograć, w sprawie występu.
- Tak w ogóle, prześpię się dziś, albo jutro? – pytam z nieskrywaną nadzieją w głosie.
- Raczej nie… to znaczy mogłabyś, ale chyba nie zostawisz mnie z tym wszystkim samego?
- Nie zostawię… - obiecuje.
Już po chwili siedzimy w srebrnym, sportowym wozie wujka, z misją udania się do wytwórni. Po drodze przychodzi do mnie SMS od Tao, że już nie może się doczekać aż przyjadę, co natychmiastowo poprawia mi humor. Niby ten rozkapryszony bachor jest wkurzający, a jednak tak bardzo go lubię.
W końcu parkujemy na znajomym miejscu i wchodzimy do środka. Od razu witam się ze znajoma sekretarką, z którą bardzo się polubiłam.
- Gdzie iść? – pytam.
- Hymm… studio jest zajęte… może do sali prób, wiesz tam gdzie tańczą. – oznajmia wujek. – Musze już iść bo chyba będziemy musieli poprzekładać kilka rzeczy… - odchodzi.
Kiedy tak myślę ostanie stanie zdrowia chłopków, to może prezes dąży do wyeliminowania najsłabszych ogniw, albo po prostu chce ich wyzabijać.  
Ciągnę za ciężkie, szklane drzwi i otwiera się przede mną duża i przytulna sala prób, z czarną kanapą w rogu. W środku czekają już na mnie chłopcy.
- Cześć! – witają się zmęczonymi głosami.
- Cześć. – odpowiadam – Zostawiłam swoją gitarę w Korei, ale chyba są sobie poradzisz, prawda? – pytam Luhana.
                Tak bardzo nie chcę ich dodatkowo męczyć, ale jakby to powiedzieć… nie mam wyjścia. Luhanowi idzie świetnie wiec przez godzinę pokazuję mu różne techniki, które mógłby wykorzystać aby łatwiej mu się grało.
Przez kolejną godzinę rozmawialiśmy natomiast o tym co dzieje się ze zdrowiem chłopaków.
- Kai ma coś z biodrem, a Sehun z ręką, ale to chyba nie jest nic poważnego. - zaczyna Kris.
- A co z tobą Tao? –pytam.
-Trochę lepiej, ale wczoraj zdarłem sobie kolano na próbie.
- Może dadzą wam trochę odsapnąć.
- Byłoby fajnie. Jeszcze z dwa tygodnie luzu, a potem zaczną się koncerty… - opowiada Xiumin.
- Myślałam, ze promocja już się zaczęła…
- To jest tylko przedsmak, ale nie martw się po to tutaj jesteśmy, w końcu sami sobie wybraliśmy takie życie. – Uspokaja mnie Kris.
Jest już bardzo późno kiedy wychodzę z siedziby SM. Do mieszkania udaję się pieszo. Wujek już zawiózł tam wszystkie moje rzeczy. Będąc już na miejscu, od razu idę wziąć prysznic, a potem spać.
To będą ciężkie tygodnie. 
                                                                                                                ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~` 
Co prawda pojawił się tu wątek rzeczywisty, ale raczej nie będę opierać się na rzeczywistych zdarzeniach. Rozdział taki sobie, tylko dłuższy. Mam nadzieje, ze długość będzie w końcu odpowiadać. 
Dziękuję za wszystkie komentarze, i raczej pozostanę przy pisaniu w zeszycie bo bardziej mi to leży.